wtorek, 30 czerwca 2015

Iles du vent - coś dla oczu, coś dla ciała

Lubię, gdy kosmetyk czymś się wyróżnia z tłumu innych. Jasne, ważniejsze jest działanie, ale jednak odrobina inwencji twórczej nie zaszkodzi a wręcz przeciwnie. Zwłaszcza, jeśli idzie w parze z ciekawym wnętrzem.

Balsam do ciała Iles du vent urzeka pomysłowym zewnętrznym opakowaniem. Żadne pstrokate ofoliowane bądź nie pudełka jakich mnóstwo na drogeryjnych półkach. Karbowany kartonik przewiązany papierowa raffią zdecydowanie mnie zachwyca :D


Balsam do ciała zawierający naturalne i ekologiczne składniki odżywiające, nawilżające i regenerujące. Olej kokosowy działa antybakteryjnie, tworzy ochronny film na skórze. Olej migdałowy dzięki zawartości witamin i minerałów odżywia skórę. Witamina E jako naturalny antyoksydant opóźnia proces starzenia się skóry. Masło shea zmiękcza i koi. Skwalan z oliwek chroni przed wolnymi rodnikami, regeneruje warstwę lipidową naskórka zapewniając prawidłowe nawodnienie, miękkość i elastyczność skóry. Kwas hialuronowy zapobiega utracie wody z naskórka, ujędrnia, wspomaga tworzenie kolagenu, odmładza i chroni przed promieniami UV. Betaina utrzymuje optymalne nawilżenie skóry, podnosząc jej witalność. Ekstrakt z hibiskusa wzmacnia ścianki naczyń krwionośnych, usprawnia krążenie dotleniając skórę, działa antycellulitowo. Certyfikowany olej monoi łagodzi podrażnienia i stany zapalne, zapewnia dogłębne nawilżenie oraz wygładzenie.
Balsam posiada przyjemny zapach kwiatów tiare pochodzących w wyspy Tahiti.

Skład: Aqua, Glyceryl Stearate Citrate, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Caprylate, Decyl Cocoate, Caprylic/Capric Triglyceride, Sesamum Indicum (Sesame) Seed Oil, Cocos Nucifera (Coconut) Oil , Gardenia Tahitensis, Glycerin, Betaine, Hibiscus Sabdariffa Flower Extract, Butyrospermum Parkii ( Shea Butter), Prunus Amygdalus Dulcis ( Sweet Almond) Oil, Hydrogenated Vegetable Oil, Sodium Hyaluronate, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Zea Mays (Corn) Starch, Tocopherol (mixed), Beta-Sitosterol, Squalene, Chondrus Crispus ( Carrageenan), Xanthan Gum, Sodium Phytate, Parfum, Geraniol, Limonene, Linalool

- bez parabenów

- bez chemicznych konserwantów

- bez sztucznych barwników i zapachów

- bez olejów parafinowych
Pojemność: 200 ml
Cena: 59,00 zł
Dostępność: Iles du vent
Słoiczek z balsamem również prezentuje się gustownie - jest zgrabny, dosyć płaski z prostą i estetyczną szatą graficzną. Podoba mi się.
A w środku .... niezbyt gęsta, ale też nie za rzadka, taka bardziej kremowa zawartość o oryginalnym, słodkawym i mocno-delikatnym (sic!) zapachu. Pozostaje mi wierzyć na słowo, że to zapach kwiatów tiare, o których pisze producent.
Balsam jest szalenie wydajny - wystarczy niewielka ilość na posmarowanie całego ciała. Łatwo się rozprowadza i tworzy przy tym białą warstwę, która czasem mnie denerwuje, bo przez nią wymaga ciut dłuższego rozsmarowywania. Gdy uporamy się z tą warstwą szybciutko się wchłania, bez klejenia czy jakiegokolwiek innego dyskomfortu na skórze. W dotyku skóra jest sucha, ale nie w sensie, że nie jest nawilżona ;) Balsam świetnie nawilża, nie podrażnia i odpowiednio pielęgnuje skórę. Nic dziwnego, skoro w  składzie zawiera mnóstwo olejów i masło shea :)

Znacie kosmetyki Iles du vent?

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Czyste Mydło - Savon noir

Już kiedyś miałam savon noir - było z firmy L'Orient, pisałam o nim TUTAJ. Byłam przekonana, że savon noir to savon noir, więc każde takie mydło będzie takie samo. Okazuje się, że się myliłam i w tym przypadku to bardzo dobrze :) Czarne mydło L'Orient spisało się ok, ale nie wywarło na mnie większego wrażenia, za to nasze polskie Czyste Mydło tworzy zupełnie odmienne zarówno w wyglądzie jak i w zachowaniu na skórze cudeńko.


Savon noir powstaje z oliwy z oliwek i miazgi oliwek (w przeciwieństwie do afrykańskiego czarnego mydła, w którym dominuje masło shea), ma oryginalną konsystencję - jest gęste, ale zarazem rzadkie - trzeba uważać, aby nie skapnęło, gumowe i lekko ciągnie się przy wybieraniu z pudełeczka. Zgodnie z nazwą jest czarne (no prawie) i ma widoczne drobinki oliwek (L'Orientowe wygląda inaczej).
Zaskoczył mnie jego zapach - kojarzy mi się z zapachem zagniatanego ciasta na pierogi, a dokładniej moment dolewania gorącej wody, która potęguje zapach. Wiem, dziwne skojarzenie :D Co więcej, konsystencja w trakcie masowania twarzy również przywodzi mi na myśl robienie ciasta :D Mydło staje się białawe i lekko zbija się w grudki - jak ciasto ze zbyt dużą ilością wody. Zapachem i zachowaniem na skórze zupełnie odbiega od mydła L'Orient.
Działanie ma świetne. Dokładnie oczyszcza, skóra aż piszczy. Jest napięta, ale nie wysuszona! A jaka jest gładka i miękka w dotyku :D Lubię używać go zarówno do mycia twarzy, jak i jako maseczkę. Przez mocne działanie oczyszczające stosuję go 1-2 razy w tygodniu.
Savon noir polecane jest także do mycia ciała, szczególnie z rękawicą kessa - nie sprawdziłam na sobie, więc nie potwierdzę ani nie zaprzeczę.

Czyste Mydło oferuje savon noir w 3 pojemnościach:
100 g w cenie 13,00zł
200 g w cenie 20,00 zł
300 g w cenie 25,00 zł

niedziela, 28 czerwca 2015

Rzęsy po ponad 3 miesiącach z Miralash

Trzy miesiące pielęgnacji rzęs odżywką Miralash już za mną, pora więc na podsumowanie.

Z natury moje rzęsy są liche - bez tuszu ani rusz. Przed stosowaniem odżywki wyglądały TAK - jak widzicie są dosyć jasne, rzadkie i krótkie. Nie mam pojęcia skąd mój 1,5 roczny syn ma długaśne i gęste rzęsy - też chcę takie!

Po ponad miesiącu rzęsy się zagęściły, wyraźnie ściemniały i lekko wydłużyły dając efekt jak pokazywałam w TYM wpisie. Zyskały także na grubości.

Dalsza kuracja, mimo pominięcia odżywki kilka razy, jeszcze wzmocniła efekt i obecnie rzęsy wyglądają jak na zdjęciach poniżej:


Do rzęs syna jeszcze mi trochę brakuje, ale efekt mnie w pełnie zadowala :) Jeśli w sobotę wyskoczę rano do sklepu bez tuszu to przynajmniej wyglądam jak człowiek ;)
Przez cały okres stosowania nie zauważyłam żadnego podrażnienia czy zaczerwienia oczu i powiek. Ominęło mnie też chwilowe przerzedzenie rzęs, o którym czytałam na kilku blogach. Ufff.

Efekt jest i to spory, więc jeśli chcecie, aby Wasze rzęsy prezentowały się o wiele lepiej także bez tuszu, to warto rozważyć zakup Miralash :) Nie jest zbyt tania (kosztuje ok 179zł, obecnie jest w niższej, promocyjnej cenie 149zł TUTAJ), ale przynajmniej działa i jest wydajna - używam jej od połowy marca i myślę, że jeszcze ok. miesiąc spokojnie posłuży.


Używałyście Miralash? Jesteście zadowolone z efektów?

piątek, 26 czerwca 2015

Merz Special - w trosce o piękne włosy, paznokcie i cerę.

Suplement diety Merz Special nie jest dla mnie nowością - poznałam go jeszcze przed erą blogową. Na Wizażu często przewijał się jako polecany na osłabione paznokcie i wypadające włosy. Kupiłam wtedy i ja, ale szczerze mówiąc nie zauważyłam tych rzekomych rewelacyjnych właściwości i działania szczególnie na paznokcie. Minęło ok 6,5 roku, skład jest inny, więc może teraz będzie inaczej?
Lada dzień rozpoczynam 3 miesięczną kurację oczekując na wspaniałe wzmocnienie włosów (lecą na potęgę ...) i paznokci. Paznokcie obecnie są długie, końcówka ma 6mm, wiele dobrego zrobiła dla nich odżywka Duo Gel i to dzięki niej udało mi się je zapuścić. Niestety zaczęłam używać innej odżywki, która bardzo wysusza mi płytkę powodując łuszczenie (o tej "odżywce" już niedługo napiszę).


Właściwości i stosowanie
Każda kobieta ma w sobie naturalne piękno. Nasz wygląd w dużym stopniu zależy od nas samych. Ważną rolę odgrywa tryb życia jaki prowadzimy oraz to, jak pielęgnujemy zdrowie i urodę. Preparat Merz Spezial Dragees zawiera starannie dobraną kompozycję, dostarczającą organizmowi witamin, minerałów i aminokwasów.
W jakim celu stosować Merz Spezial Dragees
Merz Spezial Dragees jest zalecany w celu utrzymania zdrowego wyglądu skóry, włosów i paznokci.
Efekt systematycznej i prawidłowej suplementacji:
• Promienna skóra o zdrowym wyglądzie
Biotyna, witamina B2, niacyna (nikotynamid) oraz cynk zawarte w Merz Spezial Dragees odżywiają skórę i pomagają zachować jej zdrowy wygląd. Z wiekiem tracimy w skórze kolagen - witamina C pomaga w prawidłowej produkcji kolagenu w celu prawidłowego funkcjonowania skóry.
• Gęste, lśniące włosy
Cynk i biotyna pomagają zachować zdrowe włosy. Na prawidłowy przebieg procesu tworzenia się włosa w cebulce mają wpływ aminokwasy: cysteina i metionina.
• Piękne, mocne paznokcie
W Merz Spezial Dragees, dla prawidłowej budowy paznokci, szczególnie istotne są:
cynk, żelazo, oraz aminokwasy zawierające siarkę, wchodzące w skład białka soi.
Poprzednio Merz Special zawierał w składzie drożdże, teraz ich nie ma.
2 drażetki (dawka dobowa) zawierają:
Skład % realizacji dziennego zalecanego spożycia

Witamina C                         120 mg         150%
Niacyna                              30 mg1         187%
Witamina E                         13,4 mg2      112%
Kwas pantotenowy             7,2 mg          120%
Witamina B6                       3,2 mg          229%
Witamina B2                       2,6 mg          186%
Witamina B1                       2,4 mg          218%
Witamina A                         787 μg3         98%
Folacyna (kwas foliowy)        400 μg          200%
Biotyna                                60 μg            120%
Witamina B12                     2 μg              80%
Żelazo                                 5 mg             36%
Cynk                                   5 mg             50%
Sproszkowane białko soi    50 mg *
w tym:               Cysteina 0,55 mg *
                          Metionina 0,55 mg *
*brak zaleceń; 1ekwiwalentu niacyny; 2ekwiwalentu alfa-tokoferolu; 3ekwiwalentu retinolu
[źródło: Zdrovit.pl]
Cena: 30-60 zł 
Dostępność: apteki stacjonarne i internetowe
 

Znacie ten suplement? Widziałyście jakieę efekty jego stosowania?

czwartek, 25 czerwca 2015

Orientalnie i męsko - wosk Yankee Candle Maroccan Argan Oil

Orientalne zapachy to coś co lubię, nie mogło więc być inaczej - wosk Yankee Candle Maroccan Argan Oil musiał znaleźć się w moim woskowym pudle. Kupiłam go razem z kilkoma innymi zapachami na Goodies.pl. O Shea Butter z tego zamówienia już pisałam (KLIK) - okazał się delikatnym zapachem, którego Maroccan Argn Oil jest zdecydowanym przeciwieństwem.

Wosk z rześkiej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic. Wyczuwalne aromaty: paczula, drzewo sandałowe oraz olejek arganowy.
[opis: Goodies.pl

Nie mam pojęcia co ten wosk robi w rześkiej linii :D Dlaczego? A no dlatego, że zapach jest mocny, intensywny i niezwykle aromatyczny, ale nie czuję w nim nic rześkiego. Miks kadzidła z ciężkimi (ale nie słodkimi) perfumami i typowo męskimi nutami na pewno nie każdemu przypadnie do gustu, ale mi jak najbardziej. Niezbyt kojarzy mi się z zapachem oleju arganowego, ale w tym akurat przypadku to plus (w przeciwieństwie do zapachu shea, który shea też nie jest). Aromat, który się unosi jest mocno wyczuwalny przez co nie palę wosku zbyt długo. 10-15 minut zdecydowanie wystarczy zwłaszcza, że czuć go jeszcze przez dłuższy czas po zgaszeniu podgrzewacza.

Na koniec ciekawostka: od niedawna w Goodies.pl można kupić nie tylko produkty Yankee Candle, ale także kosmetyki, m.in. Dr. Organic :D Sprawdźcie koniecznie, bo oferta jest ciekawa. Przy okazji ostatniego dnia darmowej dostawy pokusiłam się o mały zakup, który niebawem pokażę :)


wtorek, 23 czerwca 2015

Jednak przydatny gadżet w awaryjnych sytuacjach - żel antybakteryjny do rąk Oriflame

Długo wszelkie żele antybakteryjne omijam szerokim łukiem - totalnie nie trafiała do mnie ich idea i nie widziałam sensu posiadania buteleczki. Podczas, gdy dziewczyny "rzucały się na żele B&BW czy na te dostępne w Naturze mi one wydawały się zupełnie zbyteczne. Uważałam i w sumie nadal uważam, że nic nie zastąpi porządnego umycia rąk mydłem i wodą i jeśli mam możliwość to wybieram to rozwiązanie zamiast żelu, ale ... no właśnie. Nie zawsze jest ten komfort wyboru i wtedy taka mała buteleczka w torebce czy plecaku jest bardzo mile widziana - np. w trakcie podróży lub spędzając dzień poza domem na wycieczce rowerowej czy w bieganinie załatwiając tysiąc spraw.

Żel antybakteryjny z Oriflame Soft Caress jest moim pierwszym produktem tego typu, więc moja ocena może wydać się niekompletna lub nie do końca miarodajna. Nie mam wszak porównania z innymi żelami, które pozwoliłoby mi wydać jednoznaczną opinię czy to pozytywną czy negatywną. Nie wiem zatem, czy w pewnych kwestiach jest wyjątkowo dobrze czy słabo i czy może być lepiej/gorzej.

Żel jest dosyć rzadki i daje lekkie uczucie chłodu (zapewne przez alkohol) bez lepienia się. Dłonie rzeczywiście są przyjemnie odświeżone, ale też nie całkowicie czyste (sprawdziłam ;)), choć pewnie lepszy rydz niż nic. Co ważne, żel nie wysusza dłoni, a pozostawia je miłe  w dotyku.  Bardzo podoba mi się zapach - subtelnie migdałowy i nie przytłaczający. Lubię takie aromaty :) Alkohol wyczuwalny jest w zasadzie tylko na etapie wylania żelu na dłoń i bardzo szybko umyka.

Buteleczka ma 50ml, ale żel jest bardzo wydajny - wystarczy kropla-dwie, aby poczuć komfort.


Jeśli jesteś z Nowego Sącza, Krynicy lub okolic ofertę  Oriflame możesz oglądnąć i zamówić w jednym z biur, których adres znajdziesz TUTAJ.

niedziela, 21 czerwca 2015

Trzy żółte lakiery do paznokci - Essence, Melkior i Oriflame

Nigdy nie przepadałam za żółtymi lakierami mając z nimi niezbyt estetyczne skojarzenia, a ostatnio trafiły mi się trzy - wszystkie żółtki a zupełnie inne: Essence Love is in the air, Melkior Pineapple i Oriflame Sundance.


Lakier Essence to kolor, który najbardziej mi się spodobał - pastelowy, ale wyraźny odcień. Niestety bardzo źle się nakładał, na zdjęciach widzicie prześwity mimo nałożenia dwóch warstw. Trzecia warstwa pewnie by je wyrównała, ale przez gęstą konsystencję obawiam się, że z taką ilością lakieru paznokcie wyglądałyby zbyt ciężko.
Trwałość ma standardową - 3 dni i do zmycia.

Żółty Melkior to totalnie nie moja bajka. Odcień mi się nie podoba (na paznokciach wygląda inaczej niż w butelce), do tego kiepsko kryje i widać końcówki paznokci. Jedynie co to ładnie się błyszczy i łatwo nakłada. I tyle.

Żółtek z Oriflame ma najlepszą jakość z tych trzech lakierów - najlepiej kryje, ale nadal nie idealnie. Odcień ciemny, z nutką pomarańczu niezbyt mi się podoba.

O trwałości lakieru Melkior i Oriflame niestety nic nie napiszę, bo nie miałam ich na paznokciach dłużej niż do zrobienia zdjęć.

Nie, żółte lakiery nie są dla mnie. Zdecydowanie. Za to wszelkie brzoskwinie, korale i mocne róże kocham całym sercem :D

Lubicie żółte lakiery na paznokciach?


sobota, 20 czerwca 2015

Timotei - zgrany duet z różą z Jerycha

Szamponów i odżywek Timotei nie używałam od wieków. W zasadzie nie wiem dlaczego, skoro lubiłam te produkty. Z serii w pękatych butelkach wypróbowałam chyba wszystkie - najlepsza dla mnie była wersja  shea z bambusem (z brzoskwinią tez miło wspominam), a z miętą była kapitalna na letnie upały. Długo używałam szamponu do włosów blond (mimo, że mam brązowe). Później pojawiła się wersja do brązowych, ale do blond jednak bardziej mi odpowiadał.

Jakiś czas temu seria ta została zastąpiona zupełnie nową linią z różą z Jerycha. Czytałam o niej dużo dobrego (szczególnie w jednym wątku na Wizażu), że świetnie działa, nie zawiera parabenów i w końcu mam okazję przekonać się na własnych włosach co to za cuda.

Szampon i odżywkę mam w wersji Moc i blask, która bez wątpienia służy moim włosom, potrzebującym dodania miękkości i połysku, bo z natury jest z tym u nich kiepsko. Po tym duecie włosy wyglądają zdecydowanie lepiej. Są przyjemnie gładkie, miękkie w dotyku i delikatnie się błyszczą, choć po pierwszym użyciu miałam wątpliwości - efekt nie był oszałamiający. Jak to ja, chciałam super włosy ekspresowo ;) Z każdym kolejnym myciem było coraz lepiej.
Odżywka jest lekka i nie powoduje przyklapu włosów, ani też nie przyspiesza przetłuszczania - myję włosy jak do tej pory co 2-3 dni choć i tak nie ma pilnej potrzeby, aby to zrobić. Włosy też nie latają wokół głowy jak szalone, jednak jak na moje potrzeby i upodobania, mogłaby je ciut bardziej dociążać. Co 2 mycia dodaję do niej kilka kropel oleju arganowego i jest idealnie.


Szampon jest bardzo wydajny i dobrze się pieni (co ciekawe, na jakimś blogu przeczytałam, że słabo się pieni, ja odbieram jego pienienie zgoła inaczej). Wolniej się zużywa niż odżywka, której w butelce jest dodatkowo mniej. I tak szamponu mam jeszcze około pół butelki, a odżywki niewiele zostało. O ile szamponów używam mało, tak odżywek sobie nie żałuję (ale też nie wyciskam na raz pół opakowania ;)).

Zapach .... Dla mnie niesamowity! Nie drażniący, lekko słodki, letni zapach trzymający się włosów zaskakująco długo. 

Czy tylko mi te kosmetyki wyglądają na typowo letnie? :D Takie lekkie i delikatne mi się wydają zarówno w szacie graficznej, zapachu jak i konsystencji :D


Używałyście szamponów i odżywek Timotei?

piątek, 19 czerwca 2015

Kallosowe rozbieranki!

Jeśli obserwujecie mój Fan page wiecie, że na początku czerwca poszalałam z Kallosami w Wispolu. Wiem, że w internecie można kupić taniej niż za 10,99 jak przez ten miesiąc właśnie w Wispolu, ale wirtualnie Kallosy do mnie nie wołają :D Poza tym z tego co sprawdzałam, to w żadnych sklepie nie ma pełnego wyboru, więc musiałabym robić zakupy w kilku.

Za pierwszym podejście wybrałam 3 maski: Omega, Milk i Blueberry. I jaka była dumna, że tylko te 3 wzięłam :D
Ale już następnego dnia przytachałam (w dwóch rundach, bo nie można mi było wtedy dźwigać) kolejne frykasy. Jak dobrze, że do Wispolu mam ok. 1,5 minuty drogi na nogach. Zdecydowałam się na kolejne 4 maski: aloe, algae, banana i cherry:
 i 4 szampony - keratin, algae, blueberry i cherry:
 Już wtedy wiedziałam, że podzielę się nimi z siostrzenicą i ... z Wami!!

Jeśli jesteście ciekawe tych Kallosów, zapraszam na fan page, gdzie dzielę się odlewkami: KLIK

https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=974930352560849&id=174724095914816


Takie cuda! TK Maxx, Pszczela Dolinka i przesyłka

W ostatnim tygodniu, a właściwie od niedzieli przybyło mi kilka cudeniek, które MUSZĘ Wam pokazać.

Będąc w niedzielę w Krakowie nie mogłam przepuścić okazji i nie podjechać do Bonarki do TK Maxx. Czas mnie gonił, więc nie mogłam na spokojnie pobuszować przy regałach z kosmetykami zwłaszcza, że ledwo zaczęłam się orientować gdzie co jest a rodzina już mnie pospieszała, oczywiście z komentarzem mamy: "mydło za 20zł? Przecież takie samo kupisz za 2 zł w normalnym sklepie". No tak, bo dla niej mydło to mydło i wszystkie są takie same. Ale że na mój budżet od kilku lat wpływu nie ma to nie zrażona na szybko chwyciłam dwa mydła:

czwartek, 18 czerwca 2015

Woda micelarna do demakijażu - Le'Maadr

Płyn micelarny jest podstawą mojego demakijażu od kilku lat, jeszcze sprzed ery blogowej. Przez moje ręce przewinęło się sporo butelek przeróżnych firm, więc siłą rzeczy zdarzały się lepsze jak i gorsze. Od micela wymagam w zasadzie jednego - dokładnego usunięcia makijażu oczu, bez jego rozmazywania i efektu misia panda. Micel Le'Maadr niestety do tych idealnych się nie kwalifikuje.

Do demakijażu twarzy - tak. Dobrze zmywa podkład czy puder, choć ja i tak po micelu (nie tylko tym)  używam jeszcze dobrego, naturalnego mydła. Jedynie po tym (wcześniej tez po żelach, ale jednak mydło wygrywa) czuję, że skóra jest naprawdę idealnie oczyszczona. 
Z oczyszczeniem oczu totalnie sobie nie radzi, nie u mnie. Preferuję mocny, ciemny makijaż i niestety micelowi idzie mu kiepsko. Masakrycznie rozmazuje cień, tusz wokół oczu tworząc czarne smugi trudne do zmycia, jakby w ogóle nie zatrzymywał ich na waciku. Delikatniejszy makijaż, z niewielką ilością tuszu może zejdzie, ale nie dam sobie za to ręki odciąć.

Micel dałam siostrze, która prawie wcale się nie maluje (ewentualnie puder, kreska i niewielka ilość tuszu) i jej ten micel wystarcza. Podobnie jak koleżance z pracy, której podarowałam miniaturkę tego micela (dostałam ją na spotkaniu blogerek w Suchej Beskidzkiej). Koleżanka ma cerę naczynkową, zaczerwienioną i zachwyciła się, że micel faktycznie ją uspokaja. Cieszę się, że jej dobrze służy zamiast marnować się u mnie.

Skład: Aqua, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Glycerin, Panthenol, Poloxamer 184, Allantoin, Dmdm-Hydantoin / Methylchloro-Isothiazolinone / Methylisothiazolinone.

Wiecie co mnie najbardziej dziwi? To, że producent wpakował do micela pochodną formaldehydu, który nie tylko ma negatywny wpływ na skórę, ale też ma działanie rakotwórcze! Po co? I na dodatek do micela przeznaczonego do łagodzenia i pielęgnacji skóry wrażliwej i po zabiegach. Niby nie jest go dużo, ale nie wierzę, że nie da się go uniknąć.

Micel nie jest drogi - półlitrowa butla kosztuje ok 30zł, można kupić go (i inne kosmetyki tej marki) np. w aptece Gemini.


Które micele najbardziej lubicie?

wtorek, 16 czerwca 2015

Przegląd kosmetyków Essence cz. 1

Gdy przypomnę sobie Essencomanię sprzed kilku (ok. 6-7 lat), oczekiwanie na kolejne limitki, dreszczyk emocji: będzie w PL, czy nie to łezka mi się w oku kręci. Kupowałam coś niemal z każdej dostępnej u nas kolekcji, z różnym stopniem zadowolenia, ale generalnie było dobrze.Obecnie mam kilka kosmetyków tej firmy, które Wam pokażę w dwóch postach.

Na pierwszy rzut trio: lakier, błyszczyk i kolorowy tusz.

O błyszczykach Stay with me co rusz gdzieś coś czytałam, ale mi było z nimi nie po drodze zwłaszcza, że od ponad 2 lat pierwsze skrzypce grają u mnie szminki. Jednak otrzymany błyszczyk w kolorze Candy Bar to jeden z moich naustnych ulubieńców ostatnich kilkunastu dni głównie przez kolor.
Soczysta brzoskwinia z nutką różu to zdecydowanie mój typ. Dobrze kryje, nie ma drobinek, trwałość w zasadzie standardowa. Błyszczyk jest klejący i jego aplikacja nie należy do najłatwiejszych - lekko się marze po ustach i trudno nałożyć go w miarę równomiernie. Zapach ma słodki, jak cukierki, mnie trochę drażni, ale tragedii nie ma.

Nigdy nie miałam kolorowego tuszu, bo dla mnie jedyny prawowity kolor na rzęsach to czerń i to jak najbardziej czarna. A tu proszę. Intensywnie niebieski kolor tuszu Color Flash, podchodzący pod kobalt znalazł się wśród upominków ze spotkania blogerek w Suchej Beskidzkiej.

Tuszu użyłam raz, w warunkach domowych, bo "kobiecie w moim wieku" nie wypada, poza tym ten tusz też nie przekonał mnie do kolorów na rzęsach. W świetle łazienkowym kolorowe widziałam jedynie końcówki, więc myślę sobie: spoko, tak by w sumie mogło być. Pokazuję się mężowi w świetle dziennym. Reakcja: wow, czadowo!! Zaskoczył mnie, że w ogóle cokolwiek widzi, bo przecież w łazience musiałam się nieźle wpatrzeć, żeby zauważyć. Poza tym taki entuzjazm faceta 30+ na widok niebieskich rzęs u kobiety 30+ wydał mi się co najmniej podejrzany. Popatrzyłam do lustra i zamarłam!! Kolor jest bardzo intensywny i nie ma żadnych złudzeń, że rzęsy nie są kolorowe.
Jeśli chodzi o zachowanie na rzęsach, to jest całkiem niezły - nieco wydłuża i pogrubia co prawda bez efektu wow, ale "coś" robi.
Więc tak. Dla mnie tusz w niebieskim kolorze stanowczo nie jest stworzony, ale jeśli szukacie kolorowego nie tylko z obietnicy producenta, to obczajcie ten.
Wybaczcie brak zdjęcia, ale nie udało mi się uchwycić efektu tak, abym była na tyle zadowolona, żeby Wam go pokazać.

I na sam koniec gwóźdź programu :D Lakierowy koszmarek. Miewałam ładniejsze i brzydsze lakiery, przwinęło się ich przez moją kolekcję na pewno z tysiąc, ale toto w kolorze o nazwie Sparkling water lily przebija wszystkie na głowę. 
Choć wiecie, tak patrzę na te zdjęcia i na nich lakier wygląda nawet zachęcająco, jednak wierzcie mi - na żywo efekt nie jest taki, jaki się Wam teraz wydaje :D
Biała, absolutnie perłowa baza rodem z lat 90 (w każdym kiosku i sklepie nawet spożywczym były takie lakiery, tandetnie perłowe, u starszych pań często nadal takie widuję), której ozdoba są jedynie dodatkowe niebiesko-zielone migoczące drobinki nie dające się uchwycić na zdjęciach. Gdyby nie perła w bazie, a jedynie czysta, kremowa biel plus te osobne drobinki byłoby niemal idealnie. Niemal, bo krycie nie należy do najlepszych - na zdjęciach mam 3 warstwy, po których końcówki nadal są widoczne.  
Czas schnięcia trochę mnie zaskoczył - wydawało mi się, że lakier jest całkiem suchy,  tu niespodzianka, którą widać na paznokciu wskazującego palca. Jednak nie był idealnie wyschnięty.
Wybaczcie, że nie napiszę nic o trwałości - przy najszczerszych chęciach nie wytrzymałam z takim lakierem dłużej niż zrobienie zdjęć. Mimo późnej godziny zmyłam i nałożyłam samą odżywkę.

Dla mnie ten lakier to istna ciekawostka, że "takie" lakiery jeszcze się robi.


Jakie macie doświadczenia z kosmetykami Essence?

niedziela, 14 czerwca 2015

Resibo - Krem ultranawilżający

Marka Resibo powstała z czystej pasji i z chęci realizacji marzeń. Jest pomysłem i dziełem pani Eweliny, która udowadnia, że chcieć to móc. Mi też się kiedyś marzyła własna marka kosmetyczna, ale gdzie tam do realizacji ;)
W ofercie Resibo jest 6 kosmetyków (przynajmniej na razie) i jeden z nich aktualnie mam i powoli zbliża się ku końcowi - to krem ultranawilżający na dzień z SPF10.

Naturalny pokarm dla skóry. Zawiera aż 14 składników nawilżających, m.in. olej arganowy, Aquaxtrem tm, czyli wyciąg z korzenia rabarbaru, Cristalhyal – specjalnej budowy kwas hialuronowy czy Omega Plus – mieszaninę olejów zimnotłoczonych. To prawdziwa bomba witaminowo-odżywcza. Do kremu dodaliśmy również filtr mineralny SPF 10, który jest wspierany dodatkowo przez galactoarabinan, czyli wyciąg z drzewa modrzewiowego – zwiększa on ochronę przeciwsłoneczną oraz zapobiega przeznaskórkowej utracie wody. Filtr ma optymalną wysokość do codziennego stosowania. Krem jest lekki, świetny pod makijaż, nie bieli. Doskonały również dla osób, które borykają się z niedoskonałościami – zawarty w nim olejek manuka działa antybakteryjnie i przeciwzapalnie. 
Skład: Aqua, Coco Caprylate/Caprate, Talc, Propanediol, Linum Usitatissimum Seed Oil, Glycerin, Apricot Kernel Oil Polyglyceryl-4 Esters, Titanium Dioxide, Argania Spinosa Kernel Oil, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate, Galactoarabinan, Sodium Hyaluronate, Rheum Rhaponticum Root Extract, Leptospermum Scoparium Branch/Leaf Oil, Hydrogenated Olive Oil, Helianthus Annuus Seed Oil, Olea Europaea Fruit Oil, Zea Mays Oil, Sesamum Indicum Seed Oil, Olea Europaea Oil Unsaponifiables, Macadamia Integrifolia Seed Oil, Microcrystalline Cellulose, Cellulose Gum, Xanthan Gum, Sodium Phytate, Aluminum Hydroxide, Magnesium Stearate, Citric Acid, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum, Limonene, Citral, Linalool
[źródło: Resibo]

Pojemność: 50ml
Cena: 79,00zł
Dostępność: sklep Resibo

Zacznę od opakowania, bo jest absolutnie cudowne. Smukła buteleczka typu air-less o pięknej i schludnej szacie graficznej dodatkowo schowana w tekturowej, a'la korkowej odkręcanej tubie. Inne kosmetyki też mają takie opakowania, których atutem jest możliwość ponownego wykorzystania np. na pędzle do makijażu czy długopisy/kredki. Dla mnie bomba :D O wiele ciekawsze i praktyczniejsze rozwiązanie niż klasyczny kartonik.
Krem jest niby wydaje się lekki, ale jest zarazem treściwy, gęsty. Mimo początkowego lekkiego klejenia dosyć szybko się wchłania idealnie nawilżając moją suchą skórę. W cieplejsze dni także się sprawdza, bo nie ścieka z twarzy i nie tworzy nieestetycznie mokrego efektu. 
Raz się zdarzyło, że zrolował mi się z twarzy w trakcie nakładania, ale nie mam pojęcia jaki mógł być powód. Myślałam, że może za dużo go użyłam, ale jednak to nie to. No nic, ważne, że się nie powtórzyło. Krem jest wydajny zwłaszcza, że nie ma potrzeby nakładać do zbyt obficie - nawet niewielka ilość wystarcza, aby poczuć komfort.
Zapach kremu jest dosyć intensywny, słodkawy, z wyraźną cytrusową nutą. Są dni, że mnie wręcz obezwładnia, ale generalnie jest ok.


Poznałyście już Resibo?


sobota, 13 czerwca 2015

Organiczny multikrem z masłem shea i olejem jojoba Bjobj

Czy tylko mi określenia "multikrem" czy "krem uniwersalny" kojarzą się z tradycyjnym kremem Nivea lub Bambino dla dzieci? Nivea w granatowym blaszanym pudełku pamiętam od dziecka - zawsze był w łazienkowej szafce i nadal jest (u mnie już nie). Zastosowania miał przeróżne i nieraz ponosiła mnie fantazja, bo skoro to taki krem-cud, to czemu miałby nie pomóc np. na zwichniętą kostkę. Taaaa. Mając może z 9 lat zwichnęłam nogę, którą usilnie próbowałam uleczyć okładami z ogromną ilością kremu Nivea. Cóż, nie podziałało ;)
No ale nie o Nivei przecież, a o innym kremie, który ma wszelakie zastosowanie (może ten akurat kostkę uratuje ;)) - o Organicznym multikremie z masłem shea i olejem jojoba Bjobj, który jest przeznaczony do pielęgnacji twarzy, ciała i rąk (i myślę, że stopy też tu można śmiało dopisać).


* Wszystkie składniki oznaczone gwiazdką pochodzą z certyfikowanych ekologicznych upraw

Obszerny opis kremu i składników znajdziecie na stronie Biobeauty.pl
 
Skoro już padło we wstępnie o Nivei, to z Niveą ma wspólne tylko opakowanie, to sprzed lat, blaszane. Odkręcana, okrągła "puszka" jest średnio wygodna w użyciu, ale sama zawartość jest godna uwagi. W kremie nie ma sztucznej tłustości jak w Nivei, a ma dosyć miękką, delikatną, niezbyt gęstą konsystencję.
Co mnie zaskoczyło to ekspresowe wchłanianie przy jednoczesnym świetnym nawilżeniu na naprawdę wysokim poziomie. Co wierniejsi Czytelnicy wiedzą, że preferuję balsamy/masła, które pozostawiają delikatny film na skórze (byle nie klejący!, bo tego bardzo nie lubię) przez co chyba jestem w mniejszości ;) Ten krem mimo braku tej warstwy dobrze spisuje się u mnie w roli nawilżacza do ciała, choć trochę denerwuje mnie biała warstwa jaka się robi przy rozsmarowywaniu. W obecne ciepłe noce nie czuję żadnego dyskomfortu typu spływanie kremu ze skóry.
Smaruję nim także dłonie i czasem stopy (pora na regularność, zwłaszcza, że kupiłam piękne sandałko-japonki, więc stopy muszą być co najmniej równie piękne). Skóra jest po nim nawilżona, miękka a nie tłusta i klejąca.
Mniej lubię nakładać krem Bjobj na twarz. Niby nawilżenie jest ok, ale jakoś tak nie wiem sama :D Za szybko się wchłania, twarz jest niemal matowa, a ja tego nie lubię. Dziwne, co?

Krem jest szalenie wydajny, pachnie dosyć intensywnie, kremowo-słodko i zapach jest wyczuwalny na skórze przez jakiś czas po użyciu.
Nie wspomniałam o szacie graficznej - dla mnie jest przeurocze :D Czyste, eleganckie, bez zbędnych esów floresów. Lubię takie :D

Krem można kupić w sklepie Biobeaty.pl, gdzie wpisując kod BLOG dostaniecie 10% zniżki na zakupy.

czwartek, 11 czerwca 2015

A miałam już nie kupować mydeł ...

.... i wyszło jak zawsze. Ale to wszystko przez Naturalną Duszę. Bo ja oczywiście nie chciałam, broniłam się zaciekle. Taaaa, jasne ;) Naturalna Dusza co rusz kusi łowami i ofertą TK Maxx, do którego mam 100km, ale od czego są dobre ... dusze. Dzięki Magdzie wczoraj listonoszka przyniosła mi pachnącą kopertę wypełnioną naturalnymi mydłami, kupionymi właśnie w TK Maxx.

Te urocze kostki to (od tyłu):
Plantlife - Lemongrass - cena 19,99 zł
Olivia Care Detox - cena 19,99 zł
Olivia Care Truly Argan - cena 19,99 zł
Primal Elements - cena 24,99 zł 
Kat Burki - cena 15,00 zł (to jedna kostka z trójpaku, który kosztuje 45zł)

Wyglądają uroczo a pachną przecudnie, choć Detox ciut mniej, ale nie śmierdzi.


Kostki dołączyły do moich mydlanych zapasów, które liczą .... no właśnie! Ile mydeł w kostce jest w moich zbiorach? Wszystkie moja mydlane cudeńka zobaczycie wkrótce na blogu, a tymczasem dołączcie do zabawy w zgadywankę na Facebooku.  Jestem strasznie ciekawa, czy komuś uda się odgadnąć :D Przy okazji zachęcam do polubienia fanpage bloga - informuję na nim m.in. o promocjach w sklepach internetowych/stacjonarnych, nowościach itp.

środa, 10 czerwca 2015

Odżywka Miralash, zestaw Melkior i bon na zakupy w Pszczelej Dolince mają nowych właścicieli :D

Dokładnie dziś mija 5 lat od pierwszego wpisu. Niesamowite!! Blog powstał z nudy, w czasach fascynacji lakierami. Polskich blogów lakierowych i ogólnie kosmetycznych było jak na lekarstwo, a zagranicznych - wręcz na odwrót. Jako ciekawostka - dwa lata temu, w przeddzień trzecich urodzin, na lokalnym portalu informacyjnym pojawił się artykuł na temat mojego bloga - zapraszam do lektury KLIK.

Na początku czerwca ogłosiłam konkurs z okazji urodzin bloga i dziś pora na obiecane wyniki!

Odżywka Mirlash wędruje do esPe
Zestaw Melkior do Immenseness
A bon na zakupy w Pszczelej Dolince do Turkusoowej

Gratuluję!! 

Do końca niedzieli czekam na maile z danymi do wysyłki 

 

wtorek, 9 czerwca 2015

Fitomed - Mój krem nr 3 Odżywczo-energizujący

O kremach Fitomedu z serii "Mój krem" wiele czytałam, głównie zachwytów, ale mimo to było mi z nimi nie po drodze. Powoli kończę słoiczek kremu nr 3 odżywczo-energizującego i uwierzcie, nie potrafię dopatrzeć się minusów w działaniu.

Działanie: odżywia i dotlenia skórę, pobudza ukrwienie.
Przeznaczenie: do cery suchej, matowej i zmęczonej, na dzień jak i na noc.
Nie jest wskazany do cery naczynkowej.
Właściwości: Krem o charakterze naturalnym. Dopuszcza się wahanie odcieni kremu od kremowego do jasnożółtego. Dopuszcza się istnienie nieznacznej różnicy w zapachu i barwie poszczególnych partii kremu, gdyż nie zawiera on sztucznych barwników oraz substancji zapachowych, a wahania koloru i zapachu spowodowane są zastosowaniem składników naturalnych pochodzących z kolejnych serii dostaw. Ponadto konsystencja kremu nr 3 może ulec zmianie w okresie letnim z powodu dużej zawartości masła kakaowego, które topi się w temperaturze ok. 36 C. W okresie zimowym krem nr 3 ma bardziej twardą konsystencję. Powyższe różnice w zapachu, barwie i konsystencji nie mają wpływu na jakość pielęgnacyjną kremu.
Skład: Aqua, Lavandula Angustifolia Flower Water, Theobroma Cacao Seed Butter, Vitis Vinifera Seed Oil, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Hippophae Rhamnoides Oil, Linum Usitatissimum, Lecithin, Aralia Nudicaulis Ekstract, Glycyrrhiza Glabra Ekstract, Tropaeolum Majus Ekstract, Glycerin, Hydroxyethyl Acrylate, Sodium Hyaluronate, Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, D-Panthenol, Propylene Glycol, Trilaureth-4-Phosphate, Caprylic/Capric Triglyceride, Peg-7 Glyceryl Cocoate, Magnesium Pca, Tocopheryl Acetate, Retinyl Palmitate, Linseed Acid, Ubiquinone, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerine.
[źródło: Fitoteka]

Pojemność: 50ml
Cena: 29 zł
Dostępność: Fitoteka

W kremie jest masa olejów i ekstraktów, przez co obawiałam się ciężkiej, tłustej konsystencji. Niesłusznie. Jest gęsty, masłowo-musowy, ale nie tłusty - nie ma w sobie nic z np. tradycyjnego kremu Nivea, łatwo się nabiera i topi się pod wpływem ciepła skóry. 

Podoba mi się jego zachowanie na twarzy - bardzo dobrze się wchłania, co prawda nie do matu, ale twarz wygląda naturalnie z lekkim połyskiem. Nie ma mowy o nieestetycznym świeceniu się. Świetnie sprawdził się zarówno użyty na dzień jak i na noc. W ciągu dnia nie spływał z twarzy i nie utrudnił rozprowadzenia podkładu, a w nocy idealnie nawilża i odżywia skórę, która rano jest gładka, wypoczęta i promienna. Często kremy do skóry suchej są dla mnie za słabe i wcześniej czy później pojawia się nieprzyjemne ściągnięcie skóry zwłaszcza w okolicy skroni. A tu niespodzianka. Nic takiego się nie dzieje  i czuję pełen komfort.
Z recenzji tego kremu, które znalazłam wynika, że pachnie lawendą. Wg mnie to delikatny, ziołowy zapach z nutami lawendy. I dobrze. Czysta lawenda mogłaby być dla mnie delikatnie mówiąc uciążliwa.
Masło kakaowe i olej makadamia to jedne z moich ulubionych składników (a także jako stosowane solo), więc ich obecność niezmiernie mnie raduje :D Ogólnie skład niezły, wszystko co dobre na samym początku, więc i w sporych ilościach. Rażą PEGi (Trilaureth-4-Phosphate, Peg-7 Glyceryl Cocoate), propylene glycol (może podrażniać) i Caprylic/Capric Triglyceride (wiele osób go unika ze względu na komedogenność).

W zasadzie to przyczepiłabym się jednej, technicznej kwestii: opakowanie jest dwuwarstwowe i pojemnik zewnętrzny jest większy niż wewnętrzny, w którym jest krem przez co zajmuje więcej miejsca niż faktycznie potrzeba.


Znacie kremy z tej serii??

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Sztuka Mydła a właściwie dwie sztuki mydła - Kozimilk i Jogurtowy Solniak

Naturalnych mydeł uzbierało mi się już całe pudło po butach :D W czerwcu miałam pohamować się z zakupami a ... już coś do mnie leci.
Cieszy mnie, że coraz więcej jest naszych rodzimych naturalnych i ręcznie robionych mydeł. Naprawdę widać w nich szczerą pasję twórców i chęć robienia "czegoś dobrego" aprzy tym przyjemnego dla oka i co ważniejsze w użyciu :) O kilku polskich mydłach już pisałam, dzisiaj kolejne o jakże celnej nazwie Sztuka Mydła, którą można rozumieć dwojako.
Mam dwie wersje: klasyczne mydło Kozimilk i solne Jogurtowy Solniak i to one od jakiegoś czasu królują w mojej łazience.


Dobroczynne właściwości mleka koziego dla skóry są znane od wieków. Szczególnie skóra sucha, z tendencją do powstawania pierwszych zmarszczek doceni jego walory. Mydło Kozimilk z dodatkiem mleka koziego i odżywczego masła shea zyskuje delikatną, kremową pianę. Mydło jest bezzapachowe, odpowiednie dla każdego rodzaju skóry.
  • Mleko kozie - natłuszcza i wygładza, wspomaga usuwanie martwych komórek naskórka.
  • Masło shea - odżywia i regeneruje skórę suchą, poprawia jej elastyczność i wygładza.
  • Olej awokado - ma właściwości kojące i zmiękczające, pielęgnuje skórę wrażliwą.
  • Oliwa z oliwek - pomaga utrzymać odpowiednie nawilżenie skóry, jest bogata w naturalne przeciwutleniacze.
Skład: Sodium Olivate, Sodium Cocoate, Sodium Avocadoate, Glycerin, Aqua/Goat Milk, Sodium Sheabutterate
Duże mydło: 100g +/- 5g || Cena: 13,00 zł
Małe mydło: 50g +/- 5g || Cena: 7,00 zł
Kozimilk jest mydłem mlecznym, a ja lubię takie mydła :) Jest dosyć miękkie i bardzo dobrze (i szybko) się pieni, natomiast długo schnie na mydelniczce i warto na to poczekać przed kolejnym użyciem, bo inaczej się "rozpaćka". Rewelacyjnie sprawdza się do mycia twarzy i ciała - dokładnie oczyszcza, odświeża, a przy tym nie wysusza. Czuć, że skóra jest czysta, ale nie woła o jak najszybszą porcję nawilżenia. Co więcej, skóra ciała jest w stanie  w ogóle się bez tego obyć. Serio :) Mydło świetnie działa, ale początkowy kwadratowy kształt nie jest zbyt wygodny do zmydlania. I to jest małym minusem, który na szczęście znika wraz z używaniem kostki, która ostatecznie staje się poręczna. Zapach ma subtelny, kremowo-mleczny, można powiedzieć, że wręcz nijaki. Mi odpowiada jego delikatność.
 
Pełna minerałów sól morska zawarta w mydle łagodnie masuje skórę, delikatnie oczyszczając ją z martwych komórek i toksyn. Duża zawartość oleju kokosowego tworzy kremową, puszystą pianę. Mydło wzbogacone o masło shea o właściwościach regenerujących i wygładzających. Jogurtowy solniak to klasyczne mydło solne z dodatkiem jogurtu naturalnego. Bez olejków eterycznych.
Mydła z solą morską różnią się nieco od klasycznych kostek. Są cięższe i twardsze, wolniej się zużywają. Polecane do skóry ciała.
  • Sól morska - pomaga pozbyć się toksyn z organizmu, działa odżywczo, bilansuje wilgoć skóry i uzupełnia nawilżenie. Wpływa korzystnie na rozluźnienie mięśni i skóry.
  • Jogurt naturalny - wygładza i zmiękcza skórę, poprawia jej nawilżenie.
  • Masło shea - odżywia i regeneruje skórę suchą, poprawia jej elastyczność i wygładza.
  • Olej kokosowy - nawilżający. Tworzy mydło z dużą ilością kremowej piany i puszystych bąbelków.
Skład:  Sodium Cocoate, Sodium Chloride (Sea Salt), Sodium Olivate, Glycerin, Aqua/Yogurt, Sodium Sheabutterate

Waga mydła: 130g +/- 5g || Cena: 14,00 zł
Jogurtowy Solniak zawiera sól morską i faktycznie jest słone ;) Powierzchnia jest lekko chropowata, ale nie spełnia funkcji peelingu z prostej przyczyny - w trakcie mycia jest prawie nie wyczuwalna.
Mydła solne są prostokątne, więc wygodniejsze w użyciu - lepiej leżą w dłoni i łatwiej się je zmydla w dłoniach czy bezpośrednio na skórze ciała. Piana Jogurtowego Solniaka jest rzadsza niż poprzednika i muszę dłużej go zmydlać, jednak paradoksalnie mydło to jest wydajniejsze. Jogurtowego Solniaka z Kozimilkiem łączy jednak działanie - nie przesusza skóry i nie widzę po nim konieczności użycia balsamu. Zapach również ma zbliżony - dyskretny i mleczny.

Oba mydła polubiłam w takim samym stopniu i nie potrafiłabym wskazać, które bardziej. Wielbicielki naturalnych mydeł jeśli jeszcze nie znają tych mydeł, koniecznie muszą to nadrobić :) A niewielbicielki? Zdecydowanie mogą poeksperymentować i odmienić swoją pielęgnację, przynajmniej na chwilę.


niedziela, 7 czerwca 2015

Mama testuje - krem nawilżający do twarzy Pani Walewska

Z wczesnego dzieciństwa pamiętam tusze w tubkach i w kamieniu (wiem, teraz też są :p), dezodorant w kulce Fa o zapachu zielonego jabłuszka (typowy zapach z lat 80-90, chyba wszystko można było kupić o tym zapachu). Pamiętam, jaki był szał na koncentrat do płukania Coccolino (z obecnym łączy go jedynie zapach), mydła Camay czy Palmolive - pamiętacie, skąd nazwa marki? (było o tym w reklamach :p).
I pamiętam też charakterystyczne niebieskie słoiczki z kremami i buteleczki z perfumami Pani Walewska, które regularnie pojawiały się w naszej łazience. Mama namiętnie używała, szczególnie kremu tłustego, a ja zbierałam słoiczki i  na niby smarowałam moje lalki. Butelkę po Coccolino też miałam :D Nie pozwoliłam wyrzucić, bo tak ładnie pachniał i dumnie postawiłam na półce. Miałam wtedy może z 7 lat.
Tak teraz szperam za historią marki Pani Walewska i jako ciekawostkę podam, że pierwotna nazwa obecnego Miraculum to Doktora Lustra Preparaty Kosmetyczno-Lekarskie Miraculum. Polecam lekturę całego  artykułu.


Gdy dostałam krem Pani Walewska przy okazji spotkania blogerek w Nowym Sączu pierwsze co pomyślałam, to czy kremy nadal mają takie same w kształcie i kolorze słoiczki. Otworzyłam pudełko i .... MAJĄ (tzn seria Classic w kobaltowym kartoniku ma). Co więcej zapach też jest ten sam. Krem dałam mamie - mina bezcenna. Nie przepada za zakupami kosmetycznymi i buszowaniem w drogeriach, więc nie miała pojęcia, że Pani Walewska znowu jest do kupienia.


Delikatna emulsja o działaniu nawilżającym przeznaczona do pielęgnacji skóry dojrzałej suchej i normalnej. Zawarte w kremie składniki aktywne błyskawicznie wnikają w głąb skóry, pobudzając jej naturalne mechanizmy nawilżające. Preparat idealnie wygładza, ujędrnia i wzmacnia skórę, zapobiega jej wiotczeniu. Delikatnie natłuszcza, pozostawiając ochronny film, który nie dopuszcza do utraty wilgotności. Krem minimalizuje uczucie szorstkości i napięcia naskórka. Pozostawia skórę gładką, elastyczną i optymalnie nawilżoną.

Efekty:
  • Długotrwały wzrost nawilżenia
  • Poprawa napięcia i elastyczności
  • Wyraźne wygładzenie zmarszczek
  • Skóra jaśniejąca blaskiem
  • Pełna ochrona przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi
[źródło: Miraculum]

Już kiedyś pisałam, że moją mamę trudno usatysfakcjonować kremem do twarzy. Zdecydowanie woli ciężkie, tłuste, a  "tylko" nawilżające są dla niej niewystarczające. Niedawno zapytałam, jak spisuje się nawilżająca Pani Walewska i o dziwo usłyszałam, że to nadal bardzo dobre kremy i jest zadowolona z tego, jak działa na jej skórę. Wow, sukces, serio :) Już tyle kremów jej podrzucałam i zawsze słyszałam: za słaby. A ten okazał się ok, co zaskakuje mnie tym bardziej, że wcale nie jest ciężki. Mama zaznaczyła jednak, że woli stosować go na noc, bo bywały dni, że po użyciu właśnie na dzień musiała się dosmarowywać. Generalnie jednak wypowiadała się o nim pozytywnie.
Zapach ma delikatny, "wystarczająco wyczuwalny, nie ma potrzeby bardziej", wchłania się szybko bez klejenia, ale zostawia delikatną, miękką warstewkę, która nie powoduje żadnego dyskomfortu a wręcz przeciwnie.

Pamiętacie kosmetyki Pani Walewska?

sobota, 6 czerwca 2015

Kolorówka Sensique - czy jest godna uwagi?

Kosmetyki Sensique na pewno dobrze znacie, jeśli nie z własnego gruntownego ich używania, to przynajmniej z wizyt w Naturze. Na blogach też często się przewijają, więc dorzucę co nie co od siebie :) Część z nich dostałam na spotkaniu blogerek w Nowym Sączu, a część dostałam wcześniej od Pani Agaty.

Podkład, cienie i tusz to kosmetyki najczęściej używane w makijażu - czy warto poszukać ich w szafie Sensique?

Cienie z serii Velvet Touch kosztują niewiele, bo niecałe 7,00 zł, a wybór jest całkiem duży i przeważają w nich wesołe, letnie kolory. Kasetki są proste, zgrabne i sprawiają wrażenie bardzo solidnych, zamknięcie dobrze się trzyma - może nie są zbyt wyszukane, ale podobają mi się. Na blogach znalazłam w zasadzie same pochwały i zachwyty, ja natomiast mam do nich nieco chłodniejszy stosunek, co nie oznacza jednak, że cienie są złe.
Nr 155 to ciemna, chłodna śliwka z delikatnymi drobinkami (z tym, że sama fioletowa "baza" jest matowa), nie dającymi jednak tandetnej perłowej poświaty. Zetknęłam się z opiniami, że ma świetną pigmentację a dla mnie jest ona średnia, więc bardziej odpowiada mi nałożony na bazę. Lubię mocne kolory, więc odbiór nasycenia będzie zależny od osobistych preferencji. Trwałość ma raczej normalną, nieco blednie w ciągu dnia, więc tu znowu baza jest niezastąpiona.

Nr 156 to z kolei intensywny pomarańcz, który nieco łagodnieje na skórze. Pigmentacja jest lepsza niż śliwki, więc można obyć się bez bazy.
Mimo małych mankamentów dających się rozwiązać bazą pod cienie polubiłam je i chętnie zerknę na inne dostępne kolory.

Cień z serii Diamond Shine nr 107 w przeciwieństwie do poprzednich niczym mnie nie ujął, no może poza wyglądem w opakowaniu.
Cień jest jaśniutki, prawie biały, delikatnie przełamany wrzosem z mnóstwem dosyć dużych świecidełek a jego krycie jest słabiutkie. W opakowaniu zdecydowanie bardziej zachęcająco się prezentuje. Wg mnie nadaje się wyłącznie do rozświetlenia wewnętrznych kącików, bo na całą powiekę to tak nie za bardzo ciekawie wygląda.

Jeśli lubicie tusze wydłużające (ja preferuję pogrubiające) to Lash Extension powinien Wam się spodobać.
Rzeczywiście dobrze wydłuża, bez dodatkowego pogrubienia, a czerń jaką daje nie jest smolista a jaśniejsza. Dla mnie osobiście im czarniejszy tusz tym lepiej, ale zwolenniczek delikatniejszego odcienia na pewno nie brakuje. Bardzo podoba mi się opakowanie - smukłe z dodatkowym przewężeniem i dobrze się je trzyma w dłoni.
Tusz należy do tych z mikrowłókienkami i do tego mogę się trochę przyczepić, bo o ile efekt jakiego oczekujemy od tuszu i nasycenie czerni to kwestia indywidualna, tak nie sądzę, aby ktoś lubił widok  włókienek na skórze pod oczami zamiast przyczepionych do rzęs.

Krem CC nie wiem za bardzo w jakich kategoriach mam rozpatrywać - kremu czy podkładu?
Bez wątpienia jest to coś więcej niż krem tonujący i coś więcej niż klasyczny podkład. Problem mam z nim jednak taki, że użyty bez wcześniejszego kremu trochę za słabo nawilża moją skórę (a producent obiecuje je i odżywienie), a po nałożeniu na krem dochodzę do wniosku, że mam za dużo na twarzy. Natomiast konsystencja skłania się bardziej ku kremowi niż standardowemu podkładowi (choć wiadomo, podkład podkładowi nie równy), bo jest dosyć treściwy i zbity.
Kolor 302 jest dla mnie ciut za jasny, ale podoba mi się jego tonacja - nie jest ani za żółty, ani tym bardziej nie jest różowy. Dobrze radzi sobie z matowieniem skóry, więc nie widzę potrzeby używania pudru (kiedyś pisałam, że zrezygnowałam z matowienia skóry, bo bardziej podoba mi się lekki, naturalny glow i na podkład przeważnie nie nakładam pudru, a jak już, to miejscowo na brodę czy środek czoła). Dobrze wyrównuje koloryt, kryje dosyć dobrze (może inaczej - dla mnie wystarczająco), choć korektor w razie niedoskonałości nie okazuje się zbyteczny.
Jeśli nie macie zbyt suchej skóry to ten produkt może przypaść Wam do gustu :)

Lakier do zdobień Art Nails nr 203 Sea green ujął mnie morskim kolorem, w którym jest kropla zieleni, której niestety na zdjęciu nie widać.
Lakier jest gęsty i dobrze kryje, więc do zrobienia np. kresek na lakierze podkładowym dobrze się spisze. Muszę jednak zaznaczyć, że przez gęstość lakieru zrobienie cienkich kresek jest dla mnie trudne, choć może raczej przez to, że nie mam zbytnio doświadczenia z takimi lakierami. 


Co najbardziej lubicie z oferty Sensique?

Polecane posty

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...