Kiedy 3 lata temu zdiagnozowano u mnie Hashimoto, jedna z pierwszych porad endokrynologa brzmiała - proszę unikać stresu i dużo odpoczywać. Zaśmiałam się na te słowa i zapytałam, jak to zrobić? Nie zrezygnuję z pracy, nie wyślę męża i dzieci albo siebie samej na bezludną wyspę (choć i tam pewnie znalazłoby się mnóstwo powodów do stresu).
Jak część z Was wie, mój młodszy syn jest chory i nigdy zdrowy nie będzie - to jest mój największy, bezustanny stres. Jako matka chcę dla niego jak najlepiej (od około 6 miesiąca jest rehabilitowany, ma zajęcia z logopedą, niezliczone wizyty u lekarzy specjalistów, badań, od czerwca jako 2,5 latek zaczął chodzić do przedszkola integracyjnego do czego potrzebował kilku "papierów"). Choć aż za dobrze zdaję sobie sprawę, że "mogło być gorzej" to jednak świadomość, że nigdy nie będzie w pełni samodzielny, nie założy rodziny, spotka go wiele nieprzyjemności (a taki jest wesoły i uroczy, pełny empatii ...) jest dla mnie przytłaczająca.
No ale wiecie, mam unikać stresów, żyć sobie spokojnie ... Dobrze, panie doktorze. Ironia ironią, ale stres to rzeczywiście bomba z opóźnionym zapłonem.



















