niedziela, 29 stycznia 2012

Dermaheal - Skin Delight Mask Pack

Wysuszona i niezbyt ładnie wyglądająca na skutek przeziębienia skóra zmobilizowała mnie do zafundowania jej maski, jaką dostałam od portalu Ambasada Piękna.

Dermaheal - Skin Delight Mask Pack
maska rozświetlająca i przeciw przebarwieniom

 Króciutki opis ze strony producenta:

Wypełnia poszarzałą i wysuszoną skórę działaniem przeciw przebarwieniom. Wyrównuje koloryt skóry, hamuje syntezę melaniny.

Sposób użycia:
Nałożyć maskę na oczyszczoną skórę twarzy.
Pozostawić na 15-20 minut, aż zacznie wysychać.

Główne składniki:
Oligopeptide-24 (EDP3), Oligopeptide-34 (TGP2),
Pentapeptide-13 (ASP), Copper Tripeptide-1,
Arbutin, 2-O-Ethyl Ascobic Acid, Camellia Sinensis Leaf Extract

W kartonowym płaskim pudełeczku znajdujemy dodatkowe opakowanie, które kryje delikatną, miękką w dotyku i niezwykle mokrą chustkę (a'la chusteczka do demakijażu). Po rozłożeniu okazuje się być w dosłownym słowa znaczeniu maską na twarz - z otworami na oczy, nos i usta a nawet z nacięciami mającymi ułatwić dopasowanie maski na twarzy. Przy moim dosyć sporym rozeznaniu w świecie kosmetyków muszę przyznać, że nie miałam jeszcze tego typu maski. Uśmiałam się co nie miara i dobrze, że mąż pojechał do swoich rodziców, bo śmiechu by było jeszcze więcej, albo i odwrotnej reakcji ;) 
Na moją twarzyczkę maska okazała się być trochę za duża, nie mogłam jej idealnie dopasować, w kilku miejscach zrobiły się "fałdy" maski. Nie było to jakimś problemem, bardziej przeszkadzało mi odklejanie się jej na bokach twarzy.
Jak już wspomniałam, chustka jest bardzo mokra, intensywnie nasączona składnikami, które mają zdziałać cuda. Nawet po trzymaniu jej ok 25 minut nadal jest mokra i aż szkoda wyrzucać ;)
Po ściągnięciu skóra też jest mokra, ale płyn wchłania się dosyć szybko, lecz też nie całkowicie do zera - nie zostawia na skórze tłustej, błyszczącej itp powłoki, ale po dotknięciu czuć, że "coś na niej jest". Podczas wchłaniania czuć lekkie ściągniecie skóry, ale na szczęście mija :)

Dla mojej wymęczonej przeziębieniem skóry (niby nic, ale jednak skóra od razu reaguje na wszelkie infekcje organizmu, nie mówiąc już o tym jak sucha się staje - w drugim dniu gorączki i fatalnego samopoczucia skóra natychmiastowo wypiła podwójną dawkę kremu Bambino, nie zostawiając ani grama połysku) maska okazała się świetnym specyfikiem. Skóra jest wyraźnie odprężona, ma zdrowy koloryt. Stała się miękka, fajnie nawilżona i gładka.
Warto wypróbować :)

BONUS :D



sobota, 28 stycznia 2012

Podsumowania styczniowych zakupów nie będzie ...

... bo ich nie było! Wielki sukces :)

Pokażę za to 2 kosmetyki, które dotarły do mnie w styczniu, ale kupiłam jeszcze w grudniu:


* Podwójna kredka SuperShock z Avonu w kolorze Starry night + Moonshine skusiła mnie po bardzo udanych eksperymentach z kredką Chocolate melt + Cream dream .
* Mgiełka do włosów pokrzywa + łopian z serii Naturals, również z Avonu.
Z kosmetyków jestem zadowolona, przygotuję recenzję, więc poczytacie co nie co na ich temat.

Zdecydowanie nadrobić muszę jedno moje przeoczenie. Dziwię się sama sobie, jak mogło do tego dojść! Nawet przeszukałam kilka razy wpisy z grudnia i faktycznie .... Nie chwaliłam się Wam paletką The Balm Nude'tude, którą kupiłam korzystając z grudniowej wyprzedaży w Marionnaud.



Paletka jest moim ostatnim zakupem z The Balm :) Poprzednie:
- korektor Time Balm i sypki cień Overshadow
- paletka Shady Lady vol. 2, paletka Meet Matt(e), rozświetlacz Mary-Lou Manizer (recenzja rozświetlacza)


czwartek, 26 stycznia 2012

Nowe cienie Virtual - Silky

Nieważne czy lubisz delikatny makijaż oczu czy ciemniejsze, w bezpiecznych kolorach czy bardziej odważnych :) W nowej propozycji Virtual każda z nas znajdzie coś dla siebie.
Kolejno:
Foggy day, Sweet baby, Black opal, Wild plum, Fresh lemon, Ocean breeze, Champagne, Brown bear, Blue midnight, Camel, Lavender field i Cafe mokka








Które wpadły Wam w oko?
Mi: Wild plum, Ocean breeze, Champagne, Blue midnight, Camel i Cafe mokka. Koniecznie muszę je gdzieś zobaczyć na żywo.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

The Balm - Mary-Lou Manizer - genialny rozświetlacz!

Zapowiadało się tak super - zamieściłam 4 posty pod rząd (niedziela-środa) i byłam niemal pewna, że tak będzie przynajmniej do końca tygodnia. Nie udało się :/ Przyspieszyliśmy z remontem mieszkania w skutek czego zaraz po pracy i po zjedzeniu obiadu zajęta byłam innymi sprawami. Wracaliśmy ok 21, więc nic tylko prysznic i spać, przed kolejnym ciężkim dniem. Dopiero dziś mam chwilkę, na przedstawienie mojej miłości, odkrycia końca 2011 roku :D

The Balm - Mary-Lou Manizer

Rozświetlacz (cena regularna - 61,00 zł) trafił w moje ręce przez wyprzedaż w Marionnaud, razem z innymi kosmetykami tej firmy (KLIK).
Opakowanie - jakże urocze :) Taki sam obrazek znajduje się na wieczku kasetki z rozświetlaczem.


Kasetka chowa istną piękność! Najcudowniejszy rozświetlacz, bijący na głowy wszelkie inne, jakie mam/miałam/testowałam (a wśród nich m.in. PanStick - Max Factor, PI (Platinum Illuminator) - Estee Lauder, czy taniutki, polecany, lecz wycofany AOH (All Over Highlighter) - Essence).



Kolor - jasne złoto, wpadające w beż.
Jeśli znacie rozświetlacz PI: Mary-Lou Manizer jest bardziej lśniący, w tonacji jest bardziej złotawy, a z kolei w PI wychodzą lekko różowowe/łososiowe nuty.

Co ważne M-LM - nie rozbiela, nie rozjaśnia skóry, co często się zdarza w przypadku jasnych rozświetlaczy (np. z większości limitowanek Essence czy Catrice). Sam w sobie nie daje koloru, tylko połysk! Mokry, piękny połysk, dający efekt tafli
A tego właśnie wiele z nas szuka. Nie ma tu tony brokatu czy pojedynczych błyszczących kropek - "baza" lśni jednolicie, jedynie z bliska widać delikatne drobinki, które połyskują niezależnie od "bazy". 

Twarz jest rozświetlona, co szczególnie urzeka przy ruchach głowy, gdy  światło (szczególnie naturalne) odbija się od skóry dając efekt wręcz fotoszopowego błysku, który znamy ze zdjęć gwiazd kina czy muzyki.
Zdjęcie jest tylko zdjęciem. 
Mam nadzieję, że na jego podstawie będziecie potrafiły wyobrazić sobie jak wygląda na żywo.


Znacie ten rozświetlacz? Podzielacie mój zachwyt? 
Jaki rozświetlacz jest Waszym ulubieńcem? 


* hmmm wpis nie wyświetla się tak jak widzę to edytując go - moja opinia ma być po prawej stronie zdjęcia, a nie wiem czemu wskakuje pod spodem :/ Wiecie jak to zmienić?  

środa, 18 stycznia 2012

Lakierowe nowości Virtual - Magic nails

Rok 2012 Virtual otwiera nową kolekcją 10 preparatów do paznokci: 8  lakierów pękających oraz 2 top coaty. Lakiery pękające to popularne i pożądane lakiery do paznokci – nie mogło ich zabraknąć w ofercie marki Virtual. Nowoczesny i modny manicure nada charakteru karnawałowym stylizacjom.


kremowe:


 brokatowe:


 top coat wzmacniająco-nabłyszczający i top coat matujący:



Będziecie szukały tych produktów? Co się Wam spodobało?
Mi pękacz kremowy czerwono-różowy, brokatowy niebieski i różowy i top coat matujący (mam już Essence i Catrice, ale chętnie poznam od Virtual :)

wtorek, 17 stycznia 2012

lakier Essence - Vampire's Love - lakier Into The Dark

Został mi do pokazania jeszcze jeden lakier z grudniowej, niedostępnej już limitowanki Essence - Vampire's Love: Into the Dark. Wcześniej napisałam o: Gold old buffy i True Love . O ile pamiętacie - kupiłam także The dawn is broken, ale jednak nie podobał mi się na moich paznokciach, więc ma już inną właścicielkę (podobnie jak True Love - kolor owszem piękny, ale jednak nic wyjątkowego).

Into the dark bardzo trafia w mój gust!  Lekko przybrudzony granat, z drobinkami, które bez słońca są zwykłymi, niepołyskującymi srebrnymi kropkami. Polubiłam ten efekt :)


Nakłada się bezproblemowo, szybko schnie. Nie ma mowy o bąbelkach powietrza czy zaciekach. Dodatkowo, w odróżnieniu od Gold old buffy i True Love jest trwały.

Czy Wam spodobały się wszystkie kupione kosmetyki z tej limitowanki czy może któryś Was rozczarował?

Ja kupiłam tylko 4 lakiery - "betonowy" The dawn is broken okazał się nie pasujący do moich dłoni i paznokci, True love nie podbił jakoś szczególnie mojego serca, zostały ze mną pozostałe 2 (Gold old buffy i Into the dark) i nimi jestem jak najbardziej zachwycona :)

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Bewell - Oryginalny szwajcarski koński balsam ziołowy

" ... czyli, że co? Jest z konia czy dla konia?" - bezcenne pytanie męża, gdy kupiłam niedawno maść końską. W połowie trafił - dawniej mieszanka ziół stosowana była do uśmierzania bólu i łagodzenia urazów u ... koni. Tak przeczytałam na stronie porducenta balsamu końskiego - Bewell . Natomiast mnie się zawsze wydawało, że nazwa pochodzi od wręcz końskiej dawki ziół. Jakby nie było - maść czy balsam koński to świetny wynalazek z uwagi na szeroki zakres zastosowania.
Do tej pory znałam 2 maści końskie firmy Herbamedicus - obie rozgrzewające, lecz o innym składzie i cenie (co dziwniejsze - maść o lepszym składzie kupiłam w Biedronce). Bez wahania zgodziłam się na wypróbowanie trzeciego typu specyfiku - Oryginalnego szwajcarskiego balsamu końskiego firmy Bewell.

Opis i zdjęcie ze strony producenta:



Kosmetyki naturalne, kosmetyki ziołowe oraz inne preparaty ziołowe to produkty, które muszą spełniać wysokie wymagania  oraz standardy stawiane przez swoich klientów. 
Nasz balsam koński po wielu latach intensywnych badań i ciągłemu udoskonalaniu spełnia te wymagania ponieważ:


-zawiera tylko i wyłącznie składniki naturalne z upraw ekologicznie kontrolowanych: aloes, arnika, eukaliptus, sosna, rozmaryn, tymianek, jałowiec, anyżek, kozłek lekarski (waleriana), świerk, lawenda, mięta, kasztanowiec zwyczajny, cytryna. 
-zawiera krystalicznie czystą wodę ze szwajcarskich lodowców co w połączeniu z ziołami zmniejsza ryzyko uczuleń i alergii
-nie zawiera syntetyków oraz produktów naturo-podobnych takich jak: mentol, parafina, kamfora, alkohol 
-nie zawiera szkodliwej dla ludzkiej trzustki oraz ciśnienia kortyzonu i parabenów oraz innych konserwantów, które mogą mieć właściwości rakotwórcze, w tym produktów pochodnych ropy naftowej
-nie zawiera ekstraktów zwierzęcych ani surowców, źródłem których mogłyby być zwierzęta (żelatyny), dlatego też balsam spokojnie może być stosowany przez wegan 
-właściwe proporcje składników i odpowiednie ich przygotowanie dają efekt synergii - czyli wszystkie składniki razem działają o wiele skuteczniej niż każdy z nich stosowany osobno 
-kompozycja zapachowa ziół pobudza nasze siły witalne, podkreśla zmysłowość poprawia nastrój oraz samopoczucie podczas stosowania naszego kosmetyku ziołowego

Zastosowanie Oryginalnego Szwajcarskiego Końskiego Balsamu Ziołowego

Oryginalny Szwajcarski Koński Balsam Ziołowy szczególnie skutecznie łagodzi takie dolegliwości jak: napięcia, zmęczenie nóg, pieczenie stóp, nadwrażliwość na pogodę, bóle mięśni, zmęczenie po wysiłku fizycznym np. sportowym czy ćwiczeniach fitness. Ponadto: regeneruje, poprawia samopoczucie, pielęgnuje skórę, skutecznie usuwa ból mięśni, stawów, kręgosłupa łagodzi skutki urazów, nadwyrężeń i objawy reumatyzmu, zmniejsza obrzęki, działa rozkurczowo, pomaga przy poparzeniach i żylakach, niezbędny po masażu, hamuje stany zapalne, chłodzi lub rozgrzewa.
Dostępny jest w pojemnościach: 30ml, 50ml, 100ml, 200ml, 500ml, 500ml z dozownikiem.

Otrzymałam 4 próbki tego balsamu, które już zużyłam:




Balsam różni się od 2 produktów, które już mam i to znacznie:
- konsystencja:
jak już same nazwy wskazują: balsam będzie inny niż maść. Maści są dosyć lepkie, skóra trochę się klei po użyciu, natomiast balsam ma fajną, lekką konsystencję, szybko się wchłania, bez uczucia lepkości ani ściągnięcia. 
- odczuwalny efekt jaki dają:
mam maści rozgrzewające, które wywołują mocne ciepło (ta o lepszym składzie mocniej grzeje), aż skóra jest lekko czerwona. Balsam Bewell daje bardzo subtelny efekt chłodu, przy pierwszej aplikacji właściwie nic nie czułam.
- zapach:
maści mają pachną bardzo mocno, ostro, co nie każdemu może przypaść do gustu. Balsam Bewell jest dyskretny - czuć delikatną miętę.
- skład:
balsam Bewell, jak podaje producent, nie zawiera tanich zamienników jak mentol czy kamfora.

Jeśli chodzi o działanie to niestety nie mogę zrobić takiego porównania :( Testów podjęłam się z myślą o moim bolącym kolanie (mam z nim problemy od ok 8 lat). Akurat ból chwilowo odpuścił, zatem balsam wypróbowałam na sobie i mężu - remontujemy mieszkanie, ból pleców i ramion jest więc na porządku dziennym.
Balsam w połączeniu z masażem bardzo przyjemnie relaksuje i odpręża. Mięśnie odczuwają wyraźną ulgę, lecz nie ma co ukrywać - po jednym czy 2 posmarowaniach (na tyle wystarczyły mi próbki) ból całkowicie nie zniknie, zwłaszcza, że codziennie jesteśmy na niego narażeni. Delikatny zapach także ma tu znaczenie - nie drażni, nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie - umila stosowanie, przyczynia się do działania relaksującego i inhaluje.

Widzę spory potencjał w tym balsamie. Dla osób uprawiających sport, czy pracujących fizycznie - zdecydowanie godny polecenia i wypróbowania.

niedziela, 15 stycznia 2012

Kulinarnie cz.4 - Szarlotka sypana

Na przepis natchnęłam się na jedynym forum, na którym można mnie spotkać. Zaintrygował mnie na tyle, że od razu zrobiłam. Byłam niezmiernie ciekawa, czy faktycznie się upiecze ;) Okazuje się, że moja mama z tego samego powodu nie wypróbowała przepisu na taką szarlotkę, który dostała kilkanaście lat temu!

SKŁADNIKI: 
(szarlotkę zrobiłam w większej blasze, więc podam 2 wersje - na mniejszą, bądź tortownicę, a w nawiasie - na większą)

- 1 (1,5) szklanka mąki
- 1 (1,5) szklanka kaszy manny
- 1 (1,5) szklanka drobnego cukru
- 1,5  (odrobinę więcej) łyżeczki proszku do pieczenia
- 3/4 (prawie cała) kostki masła lub margaryny
- 1 kg (1,5 kg) jabłek
- 0,5 (3/4) łyżeczki cynamonu



Składniki sypkie, oprócz cynamonu wymieszać, a jabłka obrać i zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Najekonomiczniej jest podzielić jabłko na ćwiartki, wyciąć środek i zetrzeć - trąc całe jabłka dużo zostanie przy "ogryzku", który wyrzucimy lub sami dojemy. Do jabłek dodajemy cynamon.
Blaszkę lub tortownicę wysmarować margaryną lub masłem, dodatkowo można oprószyć jeszcze bułką tartą. 
Wykładamy warstwowo:
- sypkie składniki
- jabłka
- sypkie składniki
- jabłka
- sypkie składniki
Na całość zetrzeć masło lub margarynę - im zimniejsza kostka tym łatwiej zetrzeć, więc polecam włożyć ją wcześniej do zamrażalnika.

Piec 60 minut w 180 stopniach. Ciasto z większej ilości składników możemy piec trochę dłużej - o 5-10 minut. 
Na około 15 minut przed końcem wyciągamy ciasto i łyżkami wylewamy 1/2 szklanki zimnej wody i ponownie wkładamy do piekarnika.



Przekonałam się, że ciasto faktycznie się upiecze :D
Wiecie, co mi jej smak przypomina? Zapiekany ryż z jabłkami :D 


Prosto, szybko (cały czas przygotowania to jedynie starcie jabłek no i czas pieczenia), bez miksera i ... pysznie :) Czego chcieć więcej?

SMACZNEGO !


niedziela, 8 stycznia 2012

Kemon: Hair Manya MACRO fluid zwiększający objętość włosów vs Actyva odżywka nadająca objętość

Jakiś czas temu dostałam kolejne profesjonalne kosmetyki do włosów włoskiej firmy Kemon. Chciałam przedstawić je w formie osobnych recenzji, ale działanie jest tak podobne, że lepiej zrobić to w jednym wpisie.


MACRO z linii HAIR MANYA
/informacja od producenta:/


Fluid zwiększający objętość

Pojemność: 250 ml, cena: 65 zł


Fluid MACRO zwiększa grubość i objętość włosów. Nadaje im zdrowy, lśniący oraz pełen życia wygląd. Nie klei się. Nie ma negatywnego wpływu na działanie innych zastosowanych produktów do stylingu. MACRO to propozycja dla wszystkich pragnących stałej objętości, miękkości i niezrównanego połysku. Efektem jego zastosowania są lekkie, nieposklejane włosy o miłym zapachu leśnych jagód i naturalnie wyglądającą wystylizowana fryzura.

VOLUME E CORPOSITA z linii ACTYVA

/informacja od producenta:/

Odżywka nadająca grubość i zwiększająca objętość fryzury
Pojemność: 150 ml, cena:  65 zł

Odżywka oparta jest na bazie protein roślinnych (proteiny z soi i pszenicy) i naturalnych energetyzujących ekstraktów  (wyciąg z pąków lipy, wyciąg z nasion lnu).  Zawiera  substancje czynne,  nabłyszczające i zmiękczające. Ułatwia rozczesywanie cienkich i przewrażliwionych włosów, dodaje im objętości i blasku, nie obciążając włosa.
Odżywka zmniejsza puszystość podczas suszenia, sprawiając, że włosy stają się podatne na układanie. Ułatwia nadanie objętości i pomaga utrzymać ją w czasie, sprawia, że włosy stają się grubsze, błyszczące i bardzo lekkie.


Lubię oba te produkty :) I trudno by mi było szczególnie polecić któryś z nich, ponieważ oba świetnie spełniają swoje główne zadanie, jakim jest zwiększanie objętości włosów. W zasadzie to przy wyborze można się kierować:
- preferowanym sposobem użycia - fluid Macro nakładam na wilgotne włosy, natomiast odżywka Actyva jest do spłukiwania,
- funkcjami dodatkowymi, jakie ma pełnić - czy zależy nam także na odżywieniu czy nie.

Po obu kosmetykach włosy rzeczywiście mają większą objętość, a przy tym nie są sianowate. Są pięknie "odbite" od głowy, co widać nawet po związaniu w zwykłego kucyka. Stają się miękkie, puszyste (nie napuszone) i jak podaje producent - lekkie. Po odżywce dodatkowo są przyjemnie nawilżone i błyszczące.
Początkowo obawiałam się, że po fluidzie będą szybko nieświeże, lub przynajmniej fluid będzie się wykruszał. Nic takiego się nie dzieje!
Po obu produktach włosy są długo świeże, mogę śmiało pokusić się o stwierdzenie, że wręcz dłużej świeże, widać to zwłaszcza po odżywce.
Kolejnym plusem jest łatwość, z jaką włosy po użyciu któregoś z tych kosmetyków dają się prostować. Odczuwam to tym bardziej, że z natury mam włosy sztywne i trudne do układania i prostowania (choć po regularnym używaniu olejów jest z tym o wiele lepiej).

Jeśli chodzi o konsystencję, to różnica jest spora. Fluid jest dosyć rzadki, lecz przy tym - śliski. Łatwo wylać go za dużo. Ma delikatnie fioletowy kolor i intensywnie, słodko pachnie owocami leśnymi.

Odżywka jest kremowa, ma biały kolor. Zapach jest typowo kosmetyczny, a przy tym delikatny. Zapakowana jest w tubie o małej pojemności, a dodatkowo przy dłuższych włosach okazuje się być niezbyt wydajna. Osobom unikającym silikonu odradzę, ponieważ wśród fajnych składników jak np. olej ze słodkich migdałów zawiera silikon (mi to nie przeszkadza).


piątek, 6 stycznia 2012

Kulinarnie cz. 3 - rozpływające się ciasto czekoladowe z bananami

Jeśli jesteście na poświątecznej diecie, to lepiej omińcie ten post ;) Ostrzegam, żeby później nie było na mnie.
Ciasto czekoladowe z bananami

czwartek, 5 stycznia 2012

Avon - kredka SuperShock Chocolate Melt+Cream Dream

Niedawno zapowiadałam recenzję podwójnej kredki SuperShock z Avonu w wersji brązowo-kremowej Chocolate Melt+Cream Dream. Oto i ona ;)
Pokusiłam się na nią poszukując idealnego kremu.


Jak wspominałam w innym wpisie, większość jasnych cieni cieni była/jest na moich oczach:
- za biała
- za złota
- za transparentna
Marzył mi się kryjący, najlepiej satynowy beż, czy raczej krem. Jasna część kredki zapowiadała się bardzo obiecująco, do brązu nie przywiązywałam większej wagi).
Niestety nie do końca spełnia moje oczekiwania - okazała się być zbyt błyszcząca. Nie to, że nie lubię błysku na oczach, bo lubię, ale efekt jest nie taki, jakiego chciałam kładąc kremowy kolor na powieki. Jest też byt żółta/złota - co prawda mniej, niż inne beże, których próbowałam, ale jednak to jeszcze nie "to". Jakby tego było mało, bardzo źle się nakłada, trudno jest ją nałożyć jednolitą, równą warstwą, tworzą się placki grubszej warstwy.
Brązowa jest mniej błyszcząca, a za to bardziej opalizująca. Nie pasują mi te 2 wykończenia do siebie, poza tym trudno jest je ładnie połączyć tak, aby gładko przechodziły w siebie.


Chciałam oddać kredkę. Co prawda brązem można zrobić ładną kreskę, ale kupiłam ją jednak dla jasnej części. Coś mnie jednak skusiło i zaczęłam eksperymenty z 2 beżowymi cieniami  (Essence Blockbuster i My Secret nr 505), które kupiłam poszukując nadal idealnego kremu, Cóż.... Tak jak i kredka okazały się pudłem (bardzo słabo kryją), jednak nałożone na kredkę z Avonu dają prawie to czego szukałam :D :
- cienie są matowe, więc lekko tłumią połysk kredki
- cień z Essence ma odcień idący w stronę bieli, więc w pewnym stopniu łagodzi odcień kredki. Cień My Secret jest bardziej kryjący i bardziej beżowy niż z Essence. Efekt na kredce też daje ciut inny - jeszcze bardziej tuszuje połysk i przyciemnia kolor kredki.
Obawiałam się o trwałość takiego makijażu, czy kredka nie zacznie się rolować itp, jednak okazało się, że zupełnie niepotrzebnie! Makijaż trzyma się bardzo dzielnie, nic nie spływa, nie zbiera się w załamaniu powieki. Kredka jest zatem świetną bazą.
Poniżej zdjęcia kombinacji: kredka + cień Essence:





Zaczęłam eksperymentować dalej i na drugi ogień poszedł cień z paletki Hean Smokey Eyes - szary opalizujący na złoto. Niestety nie mam zdjęć, ale musicie wierzyć mi na słowo!! Efekt jest rewelacyjny i u mnie, fance ciemnych makijaży powoduje ślinotok!
Przede mną próby z jeszcze innymi kolorami - m.in. fioletem i grantem :)


Czy Wy też próbujecie znaleźć sposób na kosmetyk, który niezbyt Wam pasuje, czy wolicie się go pozbyć?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...