poniedziałek, 30 marca 2015

Dwie saszetkowe oliwkowe maseczki z Ziai

Czy u Was też dopiero co kupione maseczki w saszetkach lądują w czeluściach szuflad/półek/pudełek nabierając tam mocy urzędowej a i tak kuszą kolejne? Ja znam to bardzo dobrze, ale postanowiłam coś z tym zrobić. Jako pierwsze ze sporego stosiku saszetek w użycie poszły dwie z Ziajowej serii Liście zielonej oliwki.

Oliwkowa maska oczyszczająco-ściągająca (biała)

Polecamy maskę głęboko oczyszczającą. Zawiera esencję z liści zielonej oliwki, glinkę, kaolin i tlenek cynku. Ma charakterystyczną konsystencję i szybko wysycha. Jest propozycją natychmiastowej poprawy wyglądu skóry w mini dawce. Doskonale oczyszcza i redukuje niedoskonałości skóry. Może być stosowana codziennie, na całą twarz lub miejscowo. Nadaje się dla każdego, bez względu na wiek, nawet dla osób o skórze dojrzałej z rozszerzonymi porami.

Liście zielonej oliwki oliwkowa maska regenerująca (zielona)

Polecamy oliwkową maseczkę intensywnie regenerującą. Zawiera esencję z liści zielonej oliwki oraz kwas hialuronowy. Skutecznie wygładza i odnawia naskórek. Dodaje skórze blasku i energii. Działa kojąco na podrażnienia. 
Liście zielonej oliwki - zawierają oleuropeinę - naturalny przeciwutleniacz i substancję łagodzącą. Odświeżają i wzmacniają skórę oraz chronią przed transepidermalną utratą wody.
Dermobaza oliwkowo - regenerująca - zapewnia skórze równowagę wodno-lipidową. Zmiękcza, wygładza, uelastycznia i łagodzi.
Kwas hialuronowy i witaminy młodości - skutecznie nawilżają i wygładzają skórę. Redukują zmęczenie skóry powstałe w ciągu dnia.


Pojemność obu maseczek to 7ml, a cena waha się między 1zł - 2zł, w promocji mogą kosztować nawet mniej niż złotówka.


Maseczki są bardzo fajne i przyjemne w użyciu. Biała ma konsystencję gęstszą niż zielona co przekłada się na wydajność - biała, kremowo-pastowa wystarczyła mi na 2 użycia, a zielona, bardziej kremowa i delikatna- na 3.

Maseczka oczyszczająco-ściągająca zawiera cynk, kaolin i glinkę, bardzo polecane do cer tłustych, problematycznych, jednak nawet moja normalna i preferująca wszelkie nawilżacze skóra ją polubiła. Jak na maseczkę z glinką przystało zasycha na twarzy wyciągając sebum z porów i ściągając je. Efekt zwężonych porów jest chwilowy, więc na cuda w tej kwestii nie ma co liczyć. Delikatnie, ale skuteczne oczyszcza bez wysuszenia skóry. Podsusza jedynie to co ma podsuszać, czyli wypryski, które szybciej się goją i znikają. Po zmyciu (nie jest to bardzo trudne) skóra jest odświeżona i lekko rozjaśniona. Zapach ma słodkawy, przyjemny, nie kojarzy mi się z niczym konkretnym.

Po maseczce regenerującej oczekiwałam niemal cudów ;) Do cudów troszkę jednak brakuje, ale nie dużo. Liczyłam na porządne nawilżenie i ukojenie skóry np. po mroźnym dniu na nartach i w takich okolicznościach spisała się zaledwie dobrze. Oczekiwałam lepszego nawilżenia, co absolutnie nie znaczy, że maseczka jest zła. Maseczka jest z tych, które można zostawić do całkowitego wchłonięcia (może więc zastąpić krem na noc), lub resztki zetrzeć płatkiem albo chusteczką.

Używałam ich z przyjemnością, ale wywarły na mnie jakiegoś ogromnego wrażenia. Robią co mają robić, bez żadnej krzywdy. Dobre, tanie i warte wypróbowania.


Miałyście te maseczki?


wtorek, 24 marca 2015

Pobierz bon i wygraj nagrodę z Diagnostyką

Na początku marca pisałam o pożytecznej akcji sieci laboratoriów Diagnostyka, w której do pobrania są bony zniżkowe na pakiet badań dla kobiet i dzieci (3 bony do wykorzystania).

Rejestrując się i pobierając bon  macie nie tylko możliwość skorzystania z tańszych badań, ale także bierzecie udział w losowaniu nagród: wycieczka, weekendy w SPA, tablety i vouchery na bankowanie komórek macierzystych.
http://www.kobieta.diagnostyka.pl/?utm_source=lakierkowo&utm_medium=blogi&utm_campaign=reachblogger
KLIKNIJ żeby się zarejestrować, pobrać bon i wziąć udział w losowaniu


Zachęcam do wzięcia udziału w akcji :)

niedziela, 22 marca 2015

Naturalny (?) żurawinowy (?) krem do rąk GoCranberry

O żurawinowej serii GoCranberry od jakiegoś czasu jest dosyć głośno w blogosferze. Marka wykreowała wizerunek naturalnych kosmetyków i jak sami piszą: "Seria kosmetyków GoCranberry jest odpowiedzią na coraz większe wymagania osób stosujących kosmetyki do pielęgnacji twarzy i ciała. Receptury tworzone są w oparciu o naturalne składniki z certyfikatem ekologicznym. [...] Największą zaletą GoCranberry są przyjazne i skuteczne składniki aktywne kosmetyków, które w każdym preparacie są bazą, a nie tylko dodatkiem do substancji wypełniających."

Na spore zakupy kosmetyków GoCranberry skusiłam się przy okazji atrakcyjnej promocji w Strefie Urody. Kupiłam wtedy m.in krem do rąk. I to od niego zaczęłam poznawania tych żurawinowych rarytasów naszej rodzimej firmy Nova Kosmetyki.

Intensywnie Pielęgnujący Krem do Rąk GoCranberry szybko przynosi ulgę suchym dłoniom. Zawarty w kremie kompleks 7 składników aktywnych czyni krem niezwykle efektywnym. To właśnie dzięki niemu krem doskonale nawilża i regeneruje przesuszoną skórę rąk. Pozostawia je miękkie i wygładzone. Ekstrakt z owoców żurawiny wygładza skórę i efektywnie wzmacnia jej odporność na niekorzystne działanie czynników zewnętrznych. Masła, arganowe i Shea, odżywiają, dostarczając cennych witamin. Zmiękczają skórę dłoni, a także tworzą film ochronny, zabezpieczający przed niekorzystnymi czynnikami, takimi jak wiatr, mróz, detergenty. Olej ze słodkich migdałów i olej z pestek moreli pielęgnują nawet najbardziej wrażliwą skórę. Wyjątkowo czysta lanolina redukuje szorstkość i suchość skóry oraz podrażnienia i zaczerwienia. Krem stosowany systematycznie sprawi, iż skóra rąk szybko odzyska odpowiednie nawilżenie, stanie się miękka i miła w dotyku.

pojemność: 50 ml, cena: 25,50zł
 HYPOALERGICZNY
• Zawiera kompleks 7 składników aktywnych
• Bez konserwantów i alergenów
• Zawiera składniki z certyfikatem ekologicznym
• Przebadany dermatologicznie
• Produkt nie testowany na zwierzętach
• W testach konsumenckich 100% badanych doceniło właściwości użytkowe kremu
Skład: Aqua, Glycerin, Prunus Armeniaca Kernel Oil, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Caprylic/Capric Triglyceride, Isopropyl Myristate, Paraffinum Liquidum, Cera Microcristallina, Sorbitan Isostearate*, Polyglyceryl-3 Polyricinoleate*, Butyrospermum Parkii Butter*, Lanolin, Argania Spinosa Kernel Oil*, Hydrogenated Vegetable Oil*, Vaccinium Macrocarpon Fruit Extract, Phenethyl Alcohol, Caprylyl Glycol, Tocopheryl Acetate, Magnesium Sulfate, Parfum
* składniki z certyfikatem ekologicznym
Krem jest taki jaki lubię i jakie najbardziej odpowiadają moje skórze. Treściwy, gęsty, czuć jego tłustość, ale jednocześnie jest delikatny. Może to brzmi jak paradoks, ale takie mam odczucia. Szybko się topi pod wpływem ciepła skóry, dając początkowo wrażenie wręcz mokrej skóry, ale na szczęście ta "mokrość" szybko mija. 


Skóra staje się świetnie nawilżona i natłuszczona bez klejącej warstwy. Krem niesamowicie koi skórę podrażnioną np. detergentami - ulga jest natychmiastowa.
U mnie dobrze spisuje się zarówno w dzień (nakładany w małej ilości) jak i na noc - wtedy wyciskam więcej kremu.

Pachnie delikatnie, lekko kwaskowato i orzeźwiająco - mi się podoba :)
Opakowanie - zdecydowana zaleta kremu. Pojemnik typu airless powoduje, że kosmetyk zużyjemy do końca, a przy tym używanie jest przyjemne i higieniczne.
Szata graficzna jest estetyczna i przekonywująca, idealnie wpisuje się w mój gust. Jednak nie wiem, czy to nie dopatrzenie czy celowość, ale na opakowaniu nie ma terminu ważności, jest on tylko na kartoniku. Co prawda mogłoby się wydawać, że to wystarczy bo krem należy zużyć w ciągu 3 miesięcy od otwarcia, ale taki zabieg z datą ma sens w przypadku, jeśli ktoś od razu zaczyna go używać. Jeśli więc krem ląduje w zapasach, to jedynie w kartoniku, albo po napisaniu na opakowaniu daty.

No i wszystko by się mogło wydawać super, ale jak mają się obietnice naturalności do rzeczywistości?
Jeżeli szukacie prawdziwie naturalnego kremu do rąk, to niestety musicie poszukać czegoś innego. Wyżej w składzie zaznaczyłam na czerwono składniki, których naprawdę naturalne kosmetyki nie powinny zawierać. 
Poza tym zauważcie - producent deklaruje"naturalne składniki z certyfikatem ekologicznym" a tymczasem np. olej migdałowy takiego certyfikatu nie ma. Fakt, nie piszą, że wszystkie składniki mają taki certyfikat, ale w zasadzie kto aż tak dokładnie analizuje słowo po słowie doszukując się jakiś luk i haczyków?

Natomiast jak na "normalny" kosmetyk skład jest świetny - dużo olejów, moje ukochane masło shea. Tylko właśnie ... Seria kosmetyków żurawinowych, a ekstrakt z żurawiny na szarym końcu ;) Spodziewałabym się go jednak na jednym z czołowych miejsc. Przypomina mi to np. notabene świetny peeling do ciała Planet Spa z Avonu, który w nazwie huczy od masła shea, które tymczasem jest chyba na przedostatnim miejscu.

Nie zrozumcie mnie źle, bo krem działa super i bardzo pozytywnie mnie zaskoczył tym, jak moje dłonie go polubiły, zużyję go z przyjemnością, ale osoby siedzące bardziej w tematyce naturalnej pielęgnacji dopatrzą się tutaj greenwashingu (swoją drogą, to bardzo ciekawy temat).


sobota, 21 marca 2015

Nierafinowane masło shea z Elamo.pl

Pozostając w tematyce wczorajszego postu, jakby nie było, dotyczącego masła shea i poniekąd także mojej miłości do niego parę słów o głównym bohaterze.
Nierafinowane masło shea (karite) otrzymałam od sklepu  Elamo.pl, w którym znajdziecie bogatą ofertę kosmetyków naturalnych (oleje, masła, mydła).


Sporo informacji na temat tego masła znajdziecie TUTAJ. Nie będę go tu powielać, bo zajmie za dużo miejsca ;)

Masło shea lubię od dawna, a kosmetyki z jego zawartością wzbudzają we mnie większe zaufanie (niestety nie raz miałam okazję się na tym przejechać).
Czyste masło jest wszechstronne i ma świetne właściwości, dzięki czemu znajduje naprawdę wiele zastosowań. Moim zdaniem masło shea zawsze warto mieć, aby w razie potrzeby móc po nie sięgnąć.
Świetnie nawilża, lekko natłuszcza i się nie klei. Dokładnie tak! Masło shea nie jest klejące, przez co idealnie nadaje się do smarowania dłoni *.* Skóra staje się miękka, gładka, idealnie nawilżona. Szybko radzi sobie z przesuszonymi miejscami i twardymi skórkami - cudownie je zmiękcza i niweluje problem. I co zaskakujące - szybko się wchłania, chyba, że nałoży się go zbyt dużo.
Używam go także do twarzy - najczęściej na noc choć i na dzień się zdarzyło (gdy nie miałam w planach nakładania makijażu). Rano skóra jest gładka, promienna, wypoczęta i nie domaga się nawilżenia. A jaką ulgę przynosi wysmaganej mrozem i wiatrem skórze np. po nartach! Ale jeszcze lepiej użyć przed takim wypadem - cały czas czułam komfort na twarzy bez ściągnięcia i podrażnienia. I tu kolejny plus - shea posiada naturalne filtry przeciwsłoneczne, co prawda o niskiej wartości ale są. Przy żadnym stosowanym przeze mnie maśle shea nie zauważyłam zapchania porów skóry..
Stopy także bardzo lubią shea. O wiele szybciej sucha i szorstka skóra zregeneruje się niż po wszelkich kremach.
Do smarowania ciała to już niemal klasyk. Zarówno dla dorosłego jak i dziecka, bo jest niezwykle łagodne i bezpieczne (lepsze będzie rafinowane - w wyniku filtracji traci alergeny). Na bazie shea można też zrobić sobie bardziej złożone, ale proste do wykonania smarowidło do ciała i twarzy dodając do niego ulubione składniki (pisałam o tym TUTAJ).
No i na usta - natłuści i ochroni przed wysuszeniem i spierzchnięciem, a także poratuje, gdy już usta są w takim stanie.
Spotkałam się gdzieś z zastosowaniem jako olejek do kąpieli - wystarczy odrobinę wrzucić pod strumień wody  i gotowe :) Ciekawe, muszę wypróbować.


Co do masła shea konkretnie z Elamo.pl, to jest ono surowe, nierafinowane, zatem nie jest pozbawione koloru, zapachu i co najważniejsze - cennych właściwości.
Jest lekko żółte i pachnie dosyć mocno i specyficznie - nie tyle samymi orzechami co chałwą (takie skojarzenie przychodzi mi do głowy, choć to też nie tak do końca), ale przy tym nie jest to typowo słodki zapach. Nie każdy będzie zwolennikiem takiego aromatu, ale dla mnie jest rewelacyjny - odpręża i wprowadza w taki błogi stan :D Nie przydusza i nie wywołuje bólu głowy przynajmniej mojej.
Konsystencja jest niby zbita, ale przy próbie wydobycia z opakowania okazuje się, że jest na tyle miękka (co świadczy też o jego świeżości - im jest twardsze tym starsze), że nakłada się bez problemu. Z łatwością wbijemy w nie palec i nabierzemy. Konsystencja skojarzyła mi się trochę z masłem orzechowym (takim do jedzenia ;))


Masło nie jest gładkie - pod palcami wyraźnie czuć maleńkie grudki, które przez moment "wędrują" po skórze przy rozsmarowywaniu, ale szybko się topią.

Estetyczne pudełko, z prostym designem zawiera 250ml masła w dobrej cenie 22zł. Biorąc pod uwagę ilość, jaką jednorazowo się używa posłuży mi bardzo długo :)


Jesteście podobnie jak ja wielbicielami masła shea?


piątek, 20 marca 2015

Ile shea w shea? Czyli o wosku Yankee Candle Shea Butter

Będę nudna to bólu, ale shea uwielbiam, więc nie mogło być inaczej - wosk o tym zapachu musiał znaleźć się w koszyku w trakcie zakupów na Goddies.pl.


Wosk z rześkiej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic. Wyczuwalne aromaty: masło shea.
[opis z Goodies.pl

Opis lakoniczny, zwłaszcza dla osoby, która nie wie jak masło shea pachnie. Ale nawet dla wiedzących informacja, jak i nazwa wosku są mocno sprzeczne z tym co unosi się w powietrzu po zapaleniu wosku. Nie czuję tu masła shea. Zapach jest kremowy ze słodką nutą, otulający, ciepły, niby delikatny, ale zdecydowanie wyczuwalny. Zapach "czysty", bez nut owocowych czy kwiatowych. Jest ładny i przyjemny, powiedziałabym, że wręcz błogi, ALE mimo wszystko nie jest to shea. 

Rozpatrując więc zapach w kategorii "zapach shea" jestem rozczarowana. Kto zna masło shea wie jak pachnie, zwłaszcza wersja nierafinowana. Jest to zapach orzechowo (ale nie taki jaki znamy z orzechowych kosmetyków)-drzewny, na pewno nie dla każdego, mi akurat szalenie się podoba. Masło rafinowane ma zdecydowanie słabszy zapach, wyczuwalny tylko, gdy się mocniej wwąchamy. Wosk rafinowanowago shea też nie przypomina, choć już bardziej niż nierafinowane.


Produkty Yankee Candle dostępne w Goodies znajdziecie TUTAJ


Jakie są Wasze hity zapachowe z Yankee Candle?


czwartek, 19 marca 2015

Powrót do mydeł :)

Jakiś czas temu wróciłam do mycia twarzy mydłem i jak na razie gratuluję sobie tego kroku :) 
Już kiedyś miałam romans z mydełkami, ale nie trafiałam zbyt dobrze.
Zaczęłam od mydła alep z marchewką, ale nie był to dla mnie udany start. Na tyle się zraziłam, że zamówione w tym samym czasie Aleppo 40% (zakupy pokazałam TUTAJ) odleżakowało do teraz. I mnie zachwyciło, ale nie o tym teraz ;) Trzecie zamówione wtedy, z minerałami z Morza Martwego ... hmmm  nie mam pojęcia co się z nim stało? Użyłam parę razy i resztę chyba mąż zużył. Nie mam pojęcia.

Potem wpadłam w wir naturalnych, ręcznie robionych mydeł z Mydlarni Tuli i Lawendowej Farmy. Same zobaczcie, sporo tych zakupów było (jak już mnie coś wciągnie to robię zakupu hurtowo):
Zrecenzowałam zaledwie 4 mydła:
- Kleopatry z Lawendowej Farmy
- jogurtowe z Lawendowej Farmy
- owsiankę z Mydlarni Tuli
- super tłuste z Mydlarni Tuli
Chyba zabrakło mi zapału do recenzowania, bo zużyłam chyba wszystkie.
Z tymi to różnie było, jedne lepsze inne gorsze dla mojej skóry, więc trudno mi tu coś polecić. Najlepiej zamówić sobie mini wersje i dopiero później całe kostki.

O mydłach zapomniałam na blisko 3 lata i oto znowu mydła rządzą. A nie, przepraszam. Pojawił się epizod z mydłem L'Occitane (do końca naturalne nie jest, ale nie można go wrzucić do jednego wora z Dove czy Nivea). To mydło na tyle mi się spodobało, że od jakiegoś czasu regularnie zaopatruję się w kolejne rodzaje, rzecz jasna skuszona promocjami, gratisami itp. Zapas mydeł L'Occitane więc mam (a w marcu doszły kolejne ...).

A tymczasem ....W niedzielę pokusiłam się na kolejne mydła, tym razem ze sklepu Iwos.pl. Obowiązywała promocja -10% na mydła, więc oferta była mocno przebrana. Może to i dobrze, bo miałam ochotę na jeszcze kilka innych kostek :)


Dudu Osun, czarne mydło afrykańskie na bazie masła shea i popiołu różnych roślin. Czytałam o nim od jakiegoś czasu, a że shea uwielbiam (wiem, nudna jestem) i dodatkowo mydła z shea też mi super służą nie mogło być inaczej - wylądowało w koszyku.
Naturalne mydło Oliva - to z kolei jest na bazie oliwy, która tez moja skóra lubi.
Dwa mydła kastylijskie Czyste Mydło, wersja Shea Butter (no a jak) i Luksusowe Spa - jak kastylijskie to na bazie oliwy, dodatkowo m.in shea, czego chcieć więcej? Niestety mydła z olejem awokado zabrakło.
Argiles z fioletowa glinką do skóry suchej i wrażliwej. Do wyboru jest kilka mydeł z różnymi, to wydaje mi się najbardziej odpowiednie dla mojej skóry.

Jako gratis znalazłam próbkę balsamu do mycia włosów Sylveco. Z chęcią sprawdzę co to za cudo :)

Mydła dołączyły do gromadki innych mydeł i kuszą :D Nie wiem jak dla was, ale jak dla mnie mydła mają coś rozczulającego w sobie.




Używacie mydeł do mycia twarzy?

środa, 18 marca 2015

Zrobiłam sobie balsam :)

Tak mnie coś naszło w poprzednią niedzielę na eksperymenty. Pomyślałam, zaraz z rana, że skoro tak lubię masło shea, masło kakaowe i oleje: awokado, migdałowy i makadamia, szukam ich w balsamach/ masłach do ciała, to czemu by sobie samej nie zrobić takiego idealnego smarowidła?

Akurat masło shea miałam (rafinowane, ale jest), masło kakaowe miałam (oba z Fitomedu). Z olejem ciut gorzej bo dysponowałam tylko nie do końca naturalną i mocno pachnącą (z resztą cuuudnie) mieszanką z Joanny. Poszperałam trochę na blogach i faktycznie! Mogę z tego zrobić miks :)


Masło shea i masło kakaowe (po ok 40g - tyle akurat miałam) rozpuściłam w kąpieli wodnej (do miski wlałam gorącą wodę i włożyłam do środka mniejszą miseczkę z masłami), dodałam olej (wszystko co było w buteleczce, ok. 6 łyżek), przelałam do pojemniczka i .... w zasadzie gotowe. Ostygło, stężało i tyle :) Cała filozofia :D Proste? Proste!

Proporcje nie są idealne - dałam za mało maseł / za dużo oleju, bo masło za szybko się topi w temperaturze pokojowej i muszę trzymać je w lodówce. Ale z drugiej strony mimo początkowej twardości łatwo się nabiera i momentalnie rozpuszcza na ciepłej skórze.
Na blogu znalazłam zalecenie, żeby na każde 100g masła lub oleju kokosowego (bo ma stałą konsystencję) dodawać 4 łyżki oleju lub mieszanki różnych olejów. I myślę, że ma to  sens. Dałam mniej maseł a więcej oleju, bo tyle miałam, a chciałam trochę rozluźnić półkę w szafce w łazience. Prozaiczny powód nie trzymania się zaleceń.

Balsam, czy raczej masło świetnie nawilża i natłuszcza skórę, a przy tym nie mam mowy o żadnym klejeniu. Do masażu też jest idealne. Jednak coś nie do końca mi w nim odpowiadało.... Wygląd. Taki mało atrakcyjny jak dla mnie ;)
Poszperałam jeszcze trochę i znalazłam informację, że mogę to moje masło znowu rozpuścić i zmiksować blenderem, wkładając co jakiś czas na chwilkę do lodówki. Efekt? Zrobiło się białe i bardziej przyjazne dla oka :)


Wygląda jak ubite białko z cukrem pudrem na bezy :D Nie dajcie się jednak zwieść. Nie jest mięciutkie i kremowe. Masło nadal jest twarde, ale o wiele lepiej mi się go używa (nie tylko do ciała, ale też do twarzy, na noc)

Oczywiście można w większym stopniu pobawić się i zrobić smarowidło bardziej "profesjonalne" - można dodać ulubiony hydrolat (lub od biedy wodę), ekstrakty, witaminę E (przy okazji przedłuży trwałość), glicerynę itp. Dzięki temu będzie miało dodatkowe właściwości, a i konsystencja stanie się bardziej balsamowa. Można też dobrać oleje tak, aby finalny kosmetyk miał konkretne właściwości - aby działał przeciwzmarszczkowo, antybakteryjnie, czy zwalczał cellulit. O tym przeczytacie na tym samym blogu.

Warto tu zwrócić uwagę, że chwalone masła Nacomi mają właśnie takie proste składy: masło shea, olej, witamina E i olejek eteryczny dla zapachu. Bez problemu można taki sam kosmetyk sobie zrobić. Poza tym wybierając składniki w dobrych cenach (rozpiętość cenowa jest ogromna,warto więc porównać oferty kilku sklepów biorąc pod uwagę także koszty przesyłki) koszt takiego masła to mniej więcej 10zł za 100g. A mamy pewność, że w maśle jest to co lubimy najbardziej.
Jeśli macie tylko masło, to równie dobrze można do niego dodać oliwy - też jest częstym składnikiem kosmetyków nawilżających i odżywczych.


Czujecie czasem potrzebę odskocznię od "gotowych" kosmetyków?


wtorek, 17 marca 2015

Kosmetyczne podsumowanie lutego cz. 2 - co nowego?

Luty okazał się całkiem niezły pod względem zużyć i zakupów. Staram się zużywać i mniej kupować. Pewnie, mogło być lepiej i wpaść mniej nowych kosmetyków, ale nie mogłam oprzeć się promocjom (więc standard).

KUPIŁAM:

Jedno z mydeł Bonne Mere L'Occitane powinno być na kolejnym zdjęciu z kosmetykami, które dostałam.

BingoSpa. Kosmetyki tej firmy chodziły za mną już od jakiegoś czasu. Wiele osób je chwali, ale są i takie, które nie widzą w nich nic specjalnego. Zapewne zależy na co się trafi i czego się oczekuje. Jak dla mnie część jest godna polecenia, a są tu także zwyklaki, jednak na ostateczne recenzje jeszcze za wcześnie. Chodziły za mną i chodziły, aż do zakupu skusiła mnie atrakcyjna promocja: oprócz kodu zniżkowego (-50zł za zakupy za co najmniej 89zł) do każdego zamówienia można było sobie wybrać jeden z chyba 5 podanych kosmetyków.
Kupiłam:
- kąpiel mleczną
- maskę do twarzy z olejem makadamia
- maskę do twarzy z olejem awokado
- maskę do twarzy z olejem migdałowym
- masło do ciała shea migdałowe
- masło do ciała cynamonowe
- peeling do twarzy średni

Avon. Ostatnio polubiłam peelingi dające efekt masowania się piaskiem, więc musiałam zamówić te trzy:
- z masłem shea i brązowym cukrem (ten sam, który był lata temu w twardej buteleczce)
- oliwkowy
Pozostałe nie są warte uwagi.

L'Occitane. Wróciła mydłowa zajawka :D Lubię mydła L'Occitane (z serii Bonne Mere nie miałam jeszcze), ale żeby je kupić, muszą kusić dodatkowymi prezentami. Ceny mają jednak zbyt wysokie. Tu były mini kremiki do rąk. Mleczne i werbenowe BM kupiłam w salonie stacjonarnym, bo była promocja: wybrane mydło Bonne Mere dokładane jako gratis do dowolnego zakupu.
- z masłem shea cynamonowo-pomarańczowe
- z masłem shea werbena
- Bonne Mere mleczne
- Bonne Mere werbena
- Bonne Mere różane
DOSTAŁAM / GRATISY:


BingoSpa. Jak wspomniałam wcześniej, sera można było wybrać do dowolnego zamówienia. Zdecydowałam się na odżywcze i rozświetlające (zamówienia zrobiłam dwa, stąd dwa sera). Mają mega pojemność, a krótki termin do zużycia.

Natura. Co nie co kolorówki: puder Kobo (zapowiada się super), 5 lakierów MySecret i Sensique i 2 cienie Sensique.

Miralash.  Odżywkę do rzęs dostałam do przetestowania. Używam ok. 2 tygodnie, na razie efektów nie widzę :(


Chyba nie jest tak źle? :)


niedziela, 15 marca 2015

Kosmetyczne podsumowanie lutego cz. 1 - zużycia

Obawiałam się, że będę ostatnia ze zużyciami lutego, ale jednak chyba nie jest ze mną tak źle. Jak pisałam na Facebooku, przez 2 tygodnie laptop był w naprawie - nasz mały łobuz mający zamiłowanie do kabli (więc standardowo jak na dziecko przystało) tak kombinował, że w końcu wyłamał gniazdo od zasilacza. Laptopa odzyskałam, a wraz z nim zdjęcia i szablon do ich podpisywania.
To lecimy, zanim zastanie mnie podsumowanie marca ;)


1. Ziaja Multi modeling - peeling do ciała
Może nie wybitnie ostry, ale ma dużo grubych drobin ścierających. Pachnie cytrusowo, ale nie jak odświeżacz do WC ;) Napiszę o nim jeszcze, razem z balsamem z tej serii.

2. Colway - kolagenowy żel do mycia
Okazał się bardzo wydajny, niemal aż do znudzenia :) Przyjemnie mył twarz i ciało. Do mycia włosów nie używałam. Więcej w recenzji.

3. Batiste - suchy szampon do włosów wersja Original
Bez wątpienia poratuje w awaryjnej sytuacji, jednak nie podoba mi się, że bieli włosy i matuje.

4. Dove - balsam do ciała z masłem shea
W skrócie: klejuszek i dodatkowo spływa ze skóry. Niestety nie polubiłam go przez to. 

5. Avon Foot Works - peeling do stóp Manicure doskonały
Jako peeling do stóp - kompletne nieporozumienie. Manicure doskonały? Kogoś tu ewidentnie poniosło. Konsystencja jest bardzo rzadka i niewygodna do nałożenia, a co więcej drobinek na stopach prawie nie czułam. Za to do wypeelingowania ciała okazał się bardzo fajny.

6. Palmolive - żel pod prysznic werbena i bergamotka
Relaksujący i orzeźwiający zapach werbeny przełamany bergamotką - nie jest typowo cytrusowy, a lekko gorzkawy. Żel ma żelową, ale śliską konsystencję, dobrze się pienił, bez wysuszania skóry. Bardzo przypadł mi do gustu. Mam jeszcze jedną butelkę.

7. Avon Care - antyperspirant w kulce Invisible care
Działanie bardzo dobre, bez bielenia skóry i ubrań. Jednak zapach niezbyt przypadł mi do gustu - jest dosyć mocno kwiatowy i męczący. 

8. Dove - maska do włosów farbowanych
Świetny kosmetyk! Włosy były po niej niesamowicie miękkie i błyszczące. Nie obciążała włosów, nie powodowała szybszego przetłuszczania czy oklapnięcia. Powrót zapewne będzie. 

9. Eveline Argan Oil - peeling enzymatyczny do twarzy
Kupiony spontanicznie w sumie nie wiem dlaczego, skoro wolę mocne peelingi. I niespodzianka! Peeling bardzo przypadł mi do gustu. Po zmyciu skóra była cudownie gładka, miękka, bez żadnego przesuszenia czy ściągnięcia. Zapach ma słodkawy, ale odprężający.

10. Eveline - serum do rąk
Minitubka a męczyłam się z tym kremem-serum strasznie. Działanie miał mocno średnie, a zapach obezwładniający (w negatywnym sensie). Nie chcę więcej.

11. Lovely - Tusz False Lash
Niestety kolejna tuszowa porażka. "Coś tam" z rzęsami robił, ale zdecydowanie za mało jak na moje oczekiwania, a już na pewno nie był to efekt sztucznych rzęs.

12. Avon - czarna żelowa kredka do oczu
Kupiłam z myślą o używaniu na linię wodną, ale niestety w tej roli niezbyt się spisała z prostego powodu - spływała dając efektowne czarne plamy pod okiem. Kredka z gąbeczką jest o wiele lepszym rozwiązaniem (tej zużyłam już wiele sztuk).

13. Tołpa - próbka serum Hydrativ
Nie porwało mnie i może dobrze - nie będzie kusiło, aby kupić pełnowymiarowe opakowanie. Serum jest bardzo wodniste, trochę się klei a przy tym nie zauważyłam szczególnego nawilżenia.

14. Biały Jeleń - mydło nagietkowe
Przedostatnie mydło z sześciopaku, który kupiłam jakiś czas temu na Gemini. Nie ujęło mnie niczym szczególnym, skórę twarzy wysuszało, więc zużyłam do rąk.

sobota, 14 marca 2015

Dwa klejuszki do ciała - krem Nivea i balsam Dove

Lubię balsamy i masła do ciała, które dobrze nawilżają i zostawiają warstewkę na skórze, ale oby nie była ona klejąca i spływająca pod wpływem ciepła. Nie lubię ekspresowo wchłaniających się, rzadkich mazideł - wolę te treściwsze.
Dwa produkty, które dzisiaj Wam przedstawię, rokowały dosyć dobrze, jednak ostatecznie nie trafiły do lubianych przeze mnie kosmetyków.

Pierwszy z tytułowych klejuszków - krem Nivea Ukojenie i pielęgnacja, który kupiłam kiedyś w Rossmannie w ofercie CND. Przez długi czas korcił mnie jego zakup, w końcu atrakcyjna cena mnie skusiła. No i w sumie szkoda. Choć tyle dobrze, że kosztował ok 7 złotych.

Długotrwała ulga od szorstkości i swędzenia skóry jest niezbędna, aby poczuć się komfortowo we własnej skórze. Ten skuteczny krem jest pierwszym produktem NIVEA, który zapewnia 48 godzinną ulgę od symptomów suchej skóry.

Działanie

NIVEA® Sos regenerujący krem do ciała przynosi ulgę suchej i swędzącej skórze:

  • Ukojenie i pielęgnacja.
  • 48h ulgi od suchej i swędzącej skóry.
Skład: Aqua, Glycerin, Urea, Glyceryl Stearate, Stearyl Alcohol, Hydrogenated Coco-Glycerides, Dicaprylyl Ether, Glyceryl Glucoside, Sodium Lactate, Dimethicone, PEG-40 Stearate, Panthenol, Aluminum Starch Octenylsuccinate, Xanthan Gum, Lactic Acid, Talc, Phenoxyethanol, Methylparaben, Linalool, Benzyl Alcohol, Parfum.
Przykład smarowidła bez ŻADNYCH ekstraktów, olejów czy maseł :/ Nawet bez popularnego masła shea, który drogi przecież nie jest. Zdecydowanie wolę, gdy w kosmetyku jest coś roślinnego. No ale nie ma też parafiny, a sporo z Was jej unika, więc powiedzmy że to jakaś namiastka rekompensaty, która jednak nie do końca mnie przekonuje.

Krem jest dosyć rzadki (w sensie, że nie jest zbity), ale równocześnie treściwy i czuć jego tłustość.


Łatwo się rozprowadza po skórze, jednak przez chwilę pozostawia tępą, klejącą powłoczkę. Gdyby na tym się skończyła nie byłoby większego problemu, ale ja czuję, jak w nocy ten krem spływa z nóg i reszty ciała. Rano czuję, że skóra jest lekko wilgotna od kosmetyku i nie podoba mi się to. Mało komfortowe uczucie. Faktem pozostaje, że dobrze nawilża, skóra nie jest podrażniona i nie swędzi (co czasem mi się zdarza). No ale to spływanie mnie zniechęca.
Zapach - niveowy, ale intensywny z delikatną kwaskowatą nutą.


Moją miłość do masła shea już dobrze znacie i niebawem znowu o tym przeczytacie :) Wszelkie kosmetyki z shea w składzie niebywale głośno do mnie wołają (aż narodziła się pewna myśl,, ale na razie ciii, za parę dni przekonacie się co mi strzeliło do głowy), więc balsam z Dove z tym składnikiem tez MUSIAŁAM kupić.
 
Skład: Aqua, Glycerin, Stearic Acid, Caprylic/Capric Triglyceride, Dimethicone, Glycol Stearate, PEG-100 Stearate, Cyclopentasiloxane, Petrolatum, Butyrospermum Parkii Butter, Isomerized Linoleic Acid, Helianthus Annuus Seed Oil, Sodium PCA, Lactic Acid, Potassium Lactate, Urea, Collagen Amino Acids, Glyceryl Stearate, Cetyl Alcohol, Stearamide AMP, Triethanolamine, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Carbomer, Disodium EDTA, Parfum, Phenoxyethanol, Methylparaben, Propylparaben, Cl 77891. (02.11.2012)
Oprócz shea ma jeszcze olej słonecznikowy, ale ma też parafinę. 
Konsystencja jest niby gęsta, ale przy tym delikatna i miękka, jak dla mnie bardzo przyjemna zwłaszcza, że lekko topi się pod wpływem ciepła skóry i dzięki temu łatwo się nakłada


Fajnie zmiękcza, nawilża, bardziej podoba mi się niż krem Nivea, ale kurczę ... też się klei (choć mniej niż Nivea) i też spływa. Nie lubię tak :/ Szkoda, bo skóra po jego użyciu jest przyjemnie gładka i rzeczywiście dobrze nawilżona.
Zapach ma ciepły, otulający, z lekką waniliowo-czekoladową nutą - typowo zimowy. Trochę chemiczny, ale dosyć znośny.
Balsam kilkanaście razy użyłam tradycyjnie, a resztę zużyłam jako balsam pod prysznic bo jednak nie będę się męczyć z klejeniem i spływaniem  :p A tak to poszedł raz dwa.

No niestety, niezbyt dobrze trafiłam z tymi zakupami. Zdarza się.


Jakiego balsamu teraz używacie? Jesteście zadowolone?


czwartek, 12 marca 2015

Suchy szampon Batiste - jak zwykle to "ale" ...

Suche szampony Batiste od kilku lat rządzą w blogosferze, a ja dopiero stosunkowo niedawno poczułam chęć poznania to co za cudo. Wcześniej niespecjalnie mnie ruszały.
Po kilku miesiącach wypsikałam go do końca, więc pora dołożyć co nie co od siebie :)


Wersji jest wiele, ja miałam Original - akurat  na tą natknęłam się kiedyś w Biedronce.
Najważniejsze - szampon działa. Wiadomo, tradycyjnego mycia nie zastąpi, ale jednak bezsprzecznie poratuje w kryzysowej sytuacji. Włosy myję co 2-3 dni, nie czuję i nie widzę potrzeby częstszego mycia, jednak czasem jest tak, że wieczorem wydają się być ok, więc nie myję, a rano - masakra. Nie żeby były jakieś mega tłuste, ale jednak nie prezentują się najlepiej Wtedy taki szampon jest świetnym wyjściem. Spryskujemy włosy proszkiem, który pochłania tłuszcz i uzyskujemy odświeżoną fryzurę, którą możemy fajnie ułożyć zamiast smętnego oklapu. Włosy wyglądają z jednej strony lepiej, ale z drugiej... No właśnie ... to "ale". I to w zasadzie dwa. Po pierwsze - brązowe włosy niesamowicie bieli. Daje efekt wypłowiałych, czy wręcz siwych włosów, co nie wygląda ładnie. Po drugie - włosy są matowe, co w zasadzie ze świeżością się nie kojarzą.

Zapach ma dla mnie przyjemny - niby świeży, niby cytrusowy, taki miks, dosyć mocny.
Wydajność trudno mi ocenić. Używałam go sporadycznie i wystarczył na około siedem miesięcy.
Wersji Original dla ciemnowłosych nie polecę, ale sama mam zamiar kupić wersję do właśnie takich włosów.


Która wersja Batiste najbardziej Wam odpowiada?

środa, 11 marca 2015

Pachnący kącik - daylight Kringle Candle Fresh Lilac

Wcześniej jedynie słyszałam i czytałam o produktach Kringle Candle, a teraz sama mam okazję przekonać się, czy okażą się dla mnei lepsze czy gorsze niż Yankee Candle :)

Zapach świeżego bzu uwielbiam *.* Pisałam o tym nie raz :) Niestety wersja YC nie przypadła mi do gustu (o wosku pisałam TUTAJ), więc tym bardziej zainteresowała mnie alternatywa.


Daylight wygląda jak podgrzewacz z tym, że ma wieczko (świetne rozwiązanie - wosk nie będzie się kurzył i łatwo go schować z innymi pachnącymi skarbami) no i jest o wiele większy - ma wagę 52g.

Co do samego zapachu to jest on bardzo delikatny - podejrzewam, że wersja w wosku będzie intensywniejsza. Gdy siedziałam w tym samym pokoju to w zasadzie nic nie czułam, zapach docierał do mnie bardzo nieśmiało. Mocniej poczułam dopiero gdy wyszłam i weszłam znowu. Dodatkowo daylight potrzebuje około 30 minut na wydobycie aromatu. Po zgaszeniu płomienia jeszcze przez chwilę zapach utrzymuje się w pomieszczeniu.
Czy rzeczywiście jest to świeży bez? Podobnie jak YC - to nie do końca "to", choć pachnie przyjemnie i "coś" z bzu ma. Bardziej dominuje w nim szeroko pojęta świeżość (ale nie wodna, tylko raczej czystościowa ;)) i dopiero gdzieś w tle pojawia się nutka kwiatów bzu.


Znacie Kringle? Jakie zapachy przypadły Wam do gustu?


poniedziałek, 9 marca 2015

Fitomed - Hydrolat oczarowy - świetna alternatywa dla toniku

Hydrolaty, czyli wody roślinne są bardzo cenione wśród zwolenniczek naturalnej pielęgnacji, choć nie tylko one chętnie zastępują nimi toniki.
Kilka lat temu namiętnie używałam wody rumiankowej, oczarowej i aloesowej - przy tych trzech zostałam na dłużej, ale w między czasie miałam sporo innych (np. z róży damasceńskiej, z melisy, mięty czy lipowy).
Gdy nadarzyła się okazja przetestowania hydrolatu oczarowego naszego polskiego Fitomedu chętnie z tego skorzystałam.

źródło: www.fitoteka.pl
Ma swoisty mocno ziołowy zapach. Jest produktem destylacji liści lub kory drzewa oczarowego z parą wodną. Oczar jest nazywany także meksykańskim drzewem magicznym, a jego działanie od dawna jest w kosmetyce cenione. Nikt kto regularnie używa wody oczarowej nie zaprzeczy temu. Woda oczarowa jest znakomitym środkiem do odświeżania i nawilżania skóry tłustej z rozszerzonymi porami oraz wrażliwej. Łagodnie ściąga pory, tonizuje oraz posiada właściwości przeciwzapalne. Z wyglądu jest zwykłą bezbarwną cieczą. Podczas kontaktu ze skórą ma jedwabisty połysk.
Pojemność: 100ml hydrolatu do rozcieńczenia w stosunku 1:1, zatem otrzymujemy z niego 200ml płynu
Cena: 13,00zł

Do kupienia: FitoTeka.pl

Wkleiłam zdjęcie znalezione na stronie Fitoteka, ponieważ swoją butelkę już wyrzuciłam - rozcieńczony hydrolat trzymam w butelce po wpłynie różanym z atomizerem (też Fitomedu). Moja miała jeszcze poprzedni wygląd, taki jak tu. Zmiana jest zdecydowanie na plus, podobnie jak dla etykietek na pudełeczkach z masłem shea i kakaowym (KLIK) Sklep internetowy również przeszedł metamorfozę - teraz o wiele łatwiej jest znaleźć co nas interesuje. Spore zmiany, Fitomedzie :) To się chwali :) Teraz czekam jeszcze na poszerzenie oferty o nowe oleje czy masła :)

Co do samego hydralatu, to nadal zostaje jednym z moich ulubieńców. Co prawda dedykowany jest głównie cerze tłustej, problematycznej, ale mojej (normalnej, w kierunku suchej) także dobrze służy i świetnie zastępuje tradycyjny tonik. Lubię stosować go zwłaszcza, gdy skóra zaczyna kaprysić i pojawiają się jakieś niezbyt mile widziane niespodzianki. Hydrolat ma działanie antybakteryjne i sprawnie się rozprawia się intruzami.Przyjemnie odświeża skórę po porannym i wieczornym myciu bez uczucia ściagnięcia przygotowując ją na nałożenie kremu czy serum. 
Hydrolat możemy używać nie tylko jako tonik:
- kilka lat temu wpadłam w ciąg używania masek algowych z Ziai Pro - moją ulubioną była ananasowa. Świetne wygładzała skórę! Maski te rozcieńcza się wodą, ja natomiast używałam do tego najczęściej hydrolatu oczarowego. Potęgował działanie maski dając skórze dużo dobrego,
- czytałam na innych blogach, że może być dodawany (najlepiej w postaci nierozcieńczonej) np. do odżywek i maseczek do włosów.
Zapach rzeczywiście ma mocny, nawet po zmieszaniu z woda pozostaje intensywnie ziołowy. Mi się podoba :)


Lubicie hydrolaty? Jakie najbardziej?


sobota, 7 marca 2015

Krakowskie, pachnące spotkanie blogerek i równie krakowskie i pachnące zakupy + prywata

W ostatnią sobotę zamiast spać, wstałam jak w tygodniu ok 6.30 i już o 7.45 pojechałam do Krakowa. Odwiedziłam siostrę i jej dwie córki, a moje chrześnice (13 lat i 7 miesięcy), a później spotkałam się z innymi blogerkami w jakże pachnącym miejscu: sklepie Zapach Domu, który mieści się przy ulicy Miodowej 33.

Jako, że mój aparat ledwo zipie (ekran zaczął się "wylewać", zamiast robić zdjęcia sam z siebie włącza nagrywanie filmiku - pora na coś nowego; jakieś typy?) i nie brałam go na spotkanie poniżej zobaczycie zdjęcia użyczone przez jedną z organizatorek - Lux Fly.
 

Sklep kusi przepięknym i przytulnym wnętrzem. Widać w nim zamiłowanie właścicielki -  pani Kasi do szczegółów. Że kusi zapachami chyba nie muszę wspominać boiorąc pod uwagę, że kupimy tu woski i świece Yankee Candle i Kringle.


A skoro woski, to i kominki - do wyboru do koloru. W Zapachu Domu dostępne są także klosze do świec, które oprócz efektu wizualnego, pozwalają także cieszyć się lepszym spalaniem świecy, bez tunelowania.

W sklepie można znaleźć także naturalne kosmetyki, np. firmy Nacomi:


Pani Kasia z fascynacją opowiadała o zapachach, o formach, w jakich są dostępne - widać, że jest pasjonatką i robi to, co kocha :)


Na zakończenie każda z nas otrzymała pachnący upominek - po 3 daylighty Kringle: Fresh Lilac (mam nadzieję, że okaże się dla mnie bardziej bzowy niż w wersji wosku YC), Wild Popies (gdy go wącham od razu nasuwa mi się skojarzenie z procesją w Boże Ciało) i Sparkling (będzie fajny na lato, pachnie jak lemoniada).


Nie znam jeszcze produktów Kringle, chętnie więc to nadrobię. Ciekawa jestem, że spiszą się równie świetnie jak woski YC.

Nie mogłam oprzeć się zakupom - to chyba zrozumiałe :) Ostatecznie skusiłam się na wosk (Warm Cotton) i daylight (Fresh Mint) Kringle  i 1 wosk Yankee Candle (Fresh Cut Roses):


A po spotkaniu wybrałam się jeszcze do salonu L'Occitane.


Poszłam w zasadzie odebrać tylko puszkę z 2 mini kremami (musiałam się najeździć, bo w Galerii Krakowskiej i Bonarce już nie było, za to w Rynku było ich pod dostatkiem), ale na miejscu okazało się, że przy dowolnych zakupach mydło Bonne Mere dostanę gratis. Nie wiele myśląc skorzystałam wybierając inne mydło BM. I tym sposobem za 17zł mam 2 mydła Bonne Mere i 2 mini kremy do rąk.

Odwiedziłam tez stoisko Secret Soap Store. Mam kilka swoich typów, więc szykuje się zamówienie :)

W domu byłam ok 21.30. Cieszę się, że pojechałam autobusem (przez moment myślałam o samochodzie) - jeżdżąc do siostry samochodem umknęło mi sporo zmian, jakie zaszły odkąd skończyłam studia, a było to ... hohoho .... jakieś 8 lat temu. 
W ten dzień ani przez moment nie widziałam się z 14 miesięcznym synkiem - wyszłam z domu jak spał, i wróciłam jak spał. Od razu weszłam do sypialni, pogłaskałam po buźce i przykryłam (ja nie wiem co on ma z tym spaniem NA kołdrze zamiast pod).
Przez całą niedzielę dziecię nie odstępowało mnie ani na krok - widać, że tęsknił.

Do tej pory chyba tylko raz pokazałam mojego Kacperka (zaraz po urodzeniu , ale to muszę Wam pokazać :D
Co robi moje dziecko, gdy ma ochotę wrzucić coś na zęba? Idzie do kuchni, otwiera szufladę i wyciąga chleb, o taki tam kawalątek ;) Może choć trochę zaspokoi głód.


Zeschnięte kromki też są super! Najczęściej zamiana na świeżą nie wchodzi w rachubę - łzy lecą jak grochy ;)


A niedawno taki był maleńki:

http://lakierowo.blogspot.com/2014/01/spozniony-prezent-swiateczny.html

piątek, 6 marca 2015

Start stosowania odżywki Miralash - zdjęcia "przed"

Zawsze zazdrościłam posiadaczkom długich i  gęstych rzęs. Moje niestety są liche, więc mam ogromne wymagania w stosunku do tuszu. Przyciemnienie i tzw. „naturalny efekt” to dla mnie zdecydowanie za mało. Skoro tak, to może w ogóle tusz to za mało?
Propozycję przetestowania odżywki Miralash przyjęłam z wielkim entuzjazmem tym bardziej, że na blogach widziałam świetne efekty po stosowaniu tej odżywki.

„Miralash to rewolucyjna odżywka do rzęs, której skład i działanie sprawiają, że inne odżywki nie mogą się z nią równać. Rekomendowany przez kosmetologów oraz specjalistów z branży filmowej i modelingowej. Ponadto Miralash cieszy się niesłabnącym powodzeniem wśród kobiet na całym świecie.
Miralash to odpowiedź na pytanie, jak sprawić, by Twoje rzęsy stały się długie, grube i zalotne.”
Więcej informacji TUTAJ
Do kupienia TUTAJ
SKŁAD: Aqua, Propanediol, Panthenol, Glycerin, Biotinoyl Tripeptide-1, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Dechloro Dihydroxy Difluoro Ethylcloprostenolamide, Disodium EDTA, Ethylhexylglycerin, Niacinamide, Panax Ginseng Root Extract, Phenoxyethanol, Propylene Glycol, Sodium Hydroxide, Soluble Collagen, Urtica Dioica (Nettle) Extract.

Malutki pojemniczek zawiera 3ml odżywki. Producent deklaruje, że ilość ta wystarcza na 4-5 miesięcy codziennego stosowania. Ciekawa jestem, czy rzeczywiście tak będzie.
Aplikator ma formę pędzelka, jak w eye-linerach. Odżywki nie nakłada się na rzęsy jak tusz, tylko robi taka „odżywkową” kreskę tusz przy linii rzęs.


Dla udokumentowania efektów zrobiłam zdjęcia rzęs przed rozpoczęciem kuracji:



Mam ogromną nadzieję, że takie rzęsy niedługo będą tylko wspomnieniem. Oczywiście zdam relację w trakcie kuracji i po zakończeniu i pokażę efekty.


Stosowałyście Miralash?

poniedziałek, 2 marca 2015

Dbam o siebie i o swoje dziecko - kampania laboratorium Diagnostyka

Dbałam o siebie przed ciążą, dbałam będąc w ciąży, teraz dbam o swoje 14 miesięczne dziecko.

Jak pewnie niektóre z Was wiedzą, Kacper urodził się jako wcześniak w zamartwicy i zaraz po porodzie uzyskał jedynie 2 punkty w skali Apgar. Na szczęście już po 3 dniach na Intensywnej Terapii miałam go przy sobie i tydzień po porodzie byliśmy do domu. Z racji wcześniactwa co tydzień byliśmy u różnych specjalistów - a to okulista (zatkane kanaliki, które uniemożliwiały zbadanie ukrwienia siatkówek powodowały, że co tydzień przychodziliśmy, bo może akurat tym razem się uda), a to poradnia dla wcześniaków, pediatra, usg główki, ortopeda, regularne wizyty u neuorologa itd., badania moczu, badania krwi (głównie ze względu na utrzymujące się blisko 2 miesiące zażółcenie skóry, zatkane kanaliki, ropienie oczu, nadmierne ulewanie do 7 miesiąca (nawet 10 razy po jednym posiłku, zapas 40 pieluch tetrowych wystarczał na 2 dni) - biedny maluszek znosił wszystko dzielnie. Badania moczu są u mojego syna ostatnio normą - niby bakterii nie ma, ale są jakieś kryształki, zasadowe pH. Zawsze coś :/ 

Z terminami wizyt u specjalistów i zlecenie badań diagnostycznych nie mieliśmy żadnych problemów. Był (i jest nadal) pod szczegółową kontrolą do tego stopnia, że czasem wydaje mi się, że aż za bardzo - wszystko, co choć odrobinę odbiega od podręcznika już niepokoi pediatrę. 

Wiem jednak, niestety, że często lekarze nie widzą potrzeby konsultowania ze specjalistami lub zlecenia badań moczu czy krwi - "a po co, skoro dziecku nic się nie dzieje?". A jednak jest to bardzo ważne! Maleńkie dziecko nie powie przecież, że coś go boli, że się źle czuje, a przecież badania krwi mogą wiele powiedzieć o stanie zdrowia maluszka.

W takim przypadku pozostaje zrobienie badań na własną rękę, dla własnego spokoju. O ile pojedyncze badania nie są zbytnim nadwyrężeniem portfela rodziców (choć oczywiście zależy to też od budżetu), tak kilka, czy bardziej specjalistyczne mogą mieścić się w sporej kwocie.

Sieć laboratoriów Diagnostyka przygotowała ciekawą akcję (trwa od wczoraj), w ramach której można wykupić cały pakiet badań dla dziecka ze sporą zniżką - 65%! 
Obejmuje on: glukozę, morfologię krwi pełnę, mocz – badanie ogólne, ASO (odczyn antystreptolizynowy), CRPIgE całkowite, przeciwciała anty-tTG IgA, TSH, witaminę D metabolit 25 (OH) i cholesterol całkowity.



Wystarczy kliknąć w ten LINK, zarejestrować się i pobrać bon :)

Z akcji Diagnostyki mogą skorzystać także kobiety planujące ciążę i będące już w ciąży - specjalne pakiety też są dostępne w tej akcji i obejmują stosowne badania.

Atrakcyjna zniżka na pakiety badań to nie wszystko. Rejestrując się i pobierając bon bierzecie udział w konkursie, w którym do wygrania są świetne nagrody - m.in weekendy w Spa i tablety.

Zadbaj o siebie, zadbaj o dziecko :)



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...