W ostatnim czasie zajęły mnie inne sprawy niż blogowe i kosmetyczne, ale myślę, że powoli wracam do swojego "świata". Post z kosmetykami wykończonymi w marcu i kwietniu zaczęłam przygotować ponad dwa miesiące temu, zdjęcia zrobione, wstawione i .... chyba najwyższy czas pokazać i napisać parę słów o tym, co udało mi się zużyć w tamtym czasie.


  • Dwufazowy płyn do demakijażu Beaute Marrakech w wersji różany, to drugi płyn tej marki, który miałam. Niezbyt radził sobie z wodoodpornym tuszem, do tego przeszkadzał mi jego duszący zapach.
  • Balsam do demakijażu Deep Clear Missha zdecydowanie bardziej mi odpowiadał. Bardzo spodobała mi się jego konsystencja. Mimo, że zostawiał nieznaczny efekt "mgły" na oczach, to jednak lubiłam go używać. Traktowałam go jako produkt do demakijażu, więc po nim jeszcze obowiązkowo myłam twarz pianką lub żelem (choć nie zostawiał tłustej warstwy)
  • O kremach z linii Pollution Snti z Floslek już kiedyś pisałam. Serum zużyłam już wcześniej, jeden z kremów dałam mamie, a dwa pozostałe dopiero wykończyłam
  • Krem z witaminą C z Biotaniqe wykończyłam nakładając na ciało. Do twarzy był ok, ale zbliżał się do terminu ważności, a tak szybciej się skończył.
  • Serum z koenzymem Q10 z czerwonej linni z Vianek mniej polubiłam niż z witaminą C z tej samej serii. To serum jest olejowe, wybierałam je więc na noc (na dzień wolę wodne, żelowe). Trudno jest mi ocenić, czy działało bo traktowałam je jako uzupełnienie pielęgnacji opartej na kwasach, retinolu i witaminie C.
  • Za to przeciwzmarszczkowy krem na noc też z Vianka bardziej przypadł mi do gustu niż wersja na dzień. Idealnie sprawdził się przy stosowaniu reinolu i kwasów, zapewnił odpowiednią dawkę nawilżenia i odżywienia, nie oklejał skóry. Myślę, że kiedyś go kupię ponownie.
  • Olejowe antyoksydacyjne serum z witaminą C Clochee nie było dla mnie komfortowe przez tłustość. Witamina C pochodzi z naturalnych składników, nie wiadomo więc, ile jej tak naprawdę jest. Zużyłam je nakładając na ciało, mieszając z balsamem.
  • Serum z niacynamidem 10% z BasicLab było ok. Przez żelową konsystencję lubiłam nakładać je rano gdy miałam skórę w gorszej kondycji np. przed okresem. Kolejną buteleczkę kupiłam większą i o wyższym stężeniu i to bardziej mi odpowiada szybciej radząc sobie z niedoskonałościami i nierównościami.
  • Przyznam, że serum z witaminą C z Pixi nie zużyłam do końca. Kompletnie mi nie podeszło. Dziwnie zachowywało się na skórze - trochę się lepiło, utleniało zmieniając nieznacznie kolor podkładu. 
  • Krem pod oczy Resibo był całkiem fajny, lubiłam używać go na dzień bo nie był przesadnie ciężki, ale całkiem lekki też nie. Taki w sam raz. Dobrze nawilżał, skóra nie traciła nawilżenia w ciągu dnia.
  • Tonik z witaminą C Clarena, tonik jak tonik. Nie zauważyłam jakichś spektakularnych efektów, w użyciu tez był zupełnie zwyczajny. Zdecydowanie lepiej mi się sprawdza tonik z witaminą C z Bielendy SupremeLab.
  • Maseczka oczyszczająca z węglem Lumene była całkiem przyjemna. Działa na tyle delikatnie, że nie wysuszała ani nie podrażniała skóry, ale oczyszczenie i odświeżenie jest odczuwalne.

  • Wykończyłam aż trzy mydła w płynie i w piance (w tym litrowy "zapas"z Isany), ale to dlatego, że zawsze tyle mam w użyciu - po jednym w łazience, toalecie i kuchni. Pianka Cien Szlachetny migdał na pewno się u mnie jeszcze pojawi, mydło arbuzowe Yumi też były fajne.
  • Pianka do higieny intymnej Go Cranberry myślałam, że nigdy się nie skończy. Była bardzo wydajna, wystarczyła mi na około pół roku! Nie wysuszała, nie podrażniała, godna polecenia.
  • Z wykończonych dezodorantów i antyperspirantów zdecydowanie najlepiej spisał się naturalny dezodorant w kulce z Mydłostacji. Pozostałe (Triple Dry, Cosnature i Fa) nie sprawdziły się u mnie tak jak bym tego oczekiwała. Z Fa o wiele bardziej zadowolona byłam z wersji arbuzowej.
  • Szampon peelingujący Jantar z Farmony to ciekawa alternatywa łącząca szampon z enzymatycznym, bezdrobinkowym peelingiem do skóry głowy. Idealne rozwiązanie, gdy mamy mniej czasu, aby użyć osobnych kosmetyków. Mam jeszcze jeden w zapasie.
  • Szampon i odżywka z drożdżami z Fitokosmetik - takie sobie. Zużyć zużyłam, ale bez zachwytów.
  • Wzmacniająca maska do włosów Vianek też była nijaka dla moich włosów. Wzmocnienia nie zauważyłam, a włosy były po niej lekko spuszone.
  • Z farby do włosów L'Oreal Casting w kolorze Jasny brąz też nie jestem do końca zadowolona. Na odrostach wyszła mi z dziwnymi żółtawymi tonami, które w miarę wypłukiwania się farby były coraz bardziej widoczne. No i samo wypłukiwanie koloru było zadziwiająco szybkie.
  • Balsamy do ciała Argan my love (ze sklepu Maroko) na bazie msała shea pokazywałam już kiedyś na Instagramie. Ulubionym pozostał ten o zapachu piżma.
  • Czarnej pasty do zębów Manna nie polubiłam. Miała dziwny posmak sztucznej, chemicznej cytryny dający słaby efekt odświeżenia.
  • Płyn do płukania ust Nature On był całkiem ok, ale moim faworytem w tej kategorii nadal pozostaje, niezmiennie od kilku lat płyn Sylveco.
  • Masełko do rąk figowe z Flosleku używałam z chęcią, podobnie jak krem mango z Eveline. Nie były to może najmocniej nawilżające kremy, ale dla mnie okazały się wystarczające.

  • Płyn o zapachu figi i wanilii z Avonu to mój zdecydowany kąpielowy hit i niezbędnik od kilku lat. Kocham ten otulający, nie duszący zapach, o każdej porze roku sprawdza się wyśmienicie. Nie mam pojęcia ile butli już zużyłam, kolejne czekają w zapasach.
  • Wykończyłam trzy żele pod prysznic- aloesowy Joanna, opuncja z amarantusem Super Fruiys & Herbs z  AA i oliwkowy Barwa (nie jest tak naturalny na ile wskazuje opis producenta, ale był ok).

  • W tych dwóch miesiącach postawiłam głównie na maski w płachcie Conny i CNF. Z Conny najlepiej mi się sprawdziły wersje Platyna i Kwas hialuronowy (ale pozostałe też były fajne, choć aloesowa najmniej mi się podobała), a z CND te trzy zużyte wersje mi się podobały. O maskach Conny i CNF pisałam na Instagramie:
  • Maskę hydrożelową na usta kupiłam w Action. Szczerze mówiąc nie wywołała u mnie większego wrażenia.
  • Za to dwie pozostałe maseczki: Ecocera i AA dobrze mi się sprawdziły.

12 komentarzy:

  1. Ogromne zużycie! Ciekawe denko :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak zwykle.. powalająca ilość produktów! :D A ja znam tylko krem eveline i love vegan food, ale w wersji malina i był super :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wow jakie ogromne denko :)

    OdpowiedzUsuń
  4. sporo tego. uwielbia takie wpisy tym bardziej, że sama nie zachowuję opakowań po zużytych produktach

    OdpowiedzUsuń
  5. Zużycia wyglądają bardzo okazale ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ale armia zużytych kosmetyków :D super! Przypomniałaś mi, że chciałam wypróbować kosmetyki z Yumi i o tym zapomniałam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Całkiem spora kolekcja. A myślałam, że to ja mam problem z kupowaniem zbędnych kosmetyków.
    https://bazamaili.pl/jak-latwo-stworzyc-wlasna-baze-mailingowa

    OdpowiedzUsuń
  8. A co powiecie na Kalendarze adwentowe z kosmetykami to jest super sprawa dla każdej kobiety. Jako upominek na pewno bardzo fajnie się taka rzecz sprawdzi.

    OdpowiedzUsuń

Nie proś o wzajemne obserwowanie - zaglądam na blogi osób komentujących :)

UWAGA! Usuwam komentarze z podlinkowanymi słowami kluczowymi!